SLD jeszcze może
2018-10-23 12:09:11
Słaby wynik wyborów samorządowych dla SLD nie jest ostatecznie taki zły, jaki mógłby się wydawać. Nie można jednak udawać, że nic się nie stało. Lewicę czeka długi marsz. Wymaga to jednak gigantycznej pracy organizacyjnej i intelektualnej.

Sojusz Lewicy Demokratycznej jest poobijany, trafiony, ale jeszcze nie liczony. Wynik 6.6% do sejmików wojewódzkich nie powala, ale takie jest dziś realnie poparcie dla lewicy w kraju. Na rzeczywistość nie ma co się obrażać. Wybory samorządowe mają swoją specyfikę i rządzą się swoimi prawami. Tu dużą role odgrywają lokalne komitety, które zbierają wysokie oceny a których nie ma następnie w wyborach parlamentarnych. Gdyby taki wynik powtórzył się w wyborach do Sejmu, to SLD miałby większe poparcie niż PSL, który w 2015 roku ledwo przekroczył próg wyborczy zdobywając 5,13% głosów i wprowadzając zaledwie 15 posłów. To jednak wystarczyło, żeby stać się silną i wyrazistą opozycją wobec PiS.

Lewica w Polsce znajduje się w najtrudniejszym historycznym momencie po 1989 roku. W bipolarnej debacie publicznej SLD musi bowiem stawiać czoła zarówno PiS-owi, akcentując przywiązanie do wartości europejskich, praworządności i obronie Konstytucji, jak i liberalnej opozycji, której marzy się do rządów ciepłej wody w kranie i realizacją jej antyspołecznych rozwiązań. Walka z PiS odbywa się również, co bardzo istotne dla elektoratu Sojuszu, na płaszczyźnie walki historycznej. SLD wrócił do gry po tym, jak PiS rozpoczęło walkę z nazewnictwem ulic oraz przeprowadzeniem ustawy represyjnej. W roku 100-lecie odzyskania niepodległości spór historyczny nabiera szczególnego znaczenia. Martwi zwłaszcza to, że SLD nie potrafi przyciągnąć do siebie młodzieży, która jest dziś niemal wyłącznie prawicowa. Historia odgrywa tu niebagatelną rolę. Po stronie Sojuszu nie widać zaplecza intelektualnego, które miałoby pomysł jak historię wykorzystać dla własnych celów. A wydaje się to nie trudne, bowiem lewica nie ma powodów, aby wstydzi się swojej historii. Obok Jarosława Kaczyńskiego aż roi się od młodych gwiazd, drapieżnych i bezwzględnych. Podobnie przy Grzegorzu Schetynie, przy którym znajdują się wyrachowani politycy młodego pokolenia. Dziś młodzież nie jest przyszłością lewicy, tylko starsi wyborcy. I to do nich powinni zabiegać w pierwszej kolejności liderzy SLD, aby nie stracić tego, co najcenniejszy, żelaznego elektoratu. Ale jeśli dziś nie podejmie się wysiłku, aby zdobyć zaufanie młodych, to elektorat SLD umrze śmiercią naturalną. Jeśli Włodzimierz Czarzasty nie znajdzie na to recepty, będzie ostatnim przewodniczącym SLD.

SLD może być w sejmikach języczkiem uwagi i stać się niezbędnym elementem układanki w walce z PiS. Wynik w sejmikach nie jest taki zły, jak wynik Andrzeja Rozenka w Warszawie, który miał gorszy wynik od Sebastiana Wierzbickiego w 2014 roku, gorszy nawet niż sam osiągnął w 2014 startując z własnego komitetu. SLD w Warszawie nie wyciągnęło wniosków z klęski Magdaleny Ogórek. Elektorat lewicy jest wrażliwy i pamiętliwy. Nie lubi, gdy ma reprezentować go ktoś, kto wcześniej robił wszystko, żeby Sojusz zniszczyć. A taka była droga parlamentarna Rozenka w Sejmie jako posła Ruchu Palikota, kiedy głosował za najbardziej antyspołecznymi postulatami.

Włodzimierz Czarzasty z gronem najbliższych współpracowników wykonał gigantyczną pracę podczas tych wyborów odwiedzając ponad 160 powiatów. To było widać, czego efektem jest przekroczenie progu. A mając na uwadze fakt, że SLD wypadł z Sejmu, był wewnętrznie podzielony, wszyscy wieszczyli, że to już koniec. Sojusz nadal pozostaje jedyną lewicą w kraju, na która chce głosować społeczeństwo. Żadnej partii nie udało się zaistnieć w kontrze do SLD. Wybory europejskie powinny skłonić liderów Sojuszu do zawarcia szerokiej koalicji z Robertem Biedroniem na czele, który również nie uległ pokusie przejścia do tzw. Koalicji Obywatelskiej, zachowując swoją tożsamość i wykazując się przy tym wielką odwaga cywilną. Zapłacił za to ogromną cenę, wściekle zaatakowany przez liberalny mainstream. Jeśli za rok zabraknie choćby skromnej reprezentacji SLD w Sejmie to wiem, że długo nie będzie w Polsce żadnej lewicy. Czego sobie i wyborcom lewicy nie życzę. Przyszłoroczne wybory parlamentarne będę bojem o przetrwanie. Wszystkie ręce na pokład.

Ciekawa kandydatura
2018-06-22 09:24:21
Kandydatem komitetu SLD-Lewica Razem na prezydenta Warszawy został Andrzej Celiński. Człowiek wielkiej skromności, empatii, o ogromnym politycznym doświadczeniu. Ma realne szanse włączyć się w walkę o drugą turę.

Andrzej Celiński życiorys ma niebanalny. Od młodych lat zaangażowany w działalność opozycji demokratycznej w czasach PRL. W latach 70-tych był działaczem Komitetu Obrony Robotników, następnie Solidarności. Co więcej, bliskie są mu tradycje PPS. Jest siostrzeńcem Jana Józefa Lipskiego, byłego przewodniczącego PPS. Zna doskonale etos i dorobek niepodległościowej lewicy. Ta piękna biografia ma jednak swoje wady i zalety. Zalety są oczywiste- trudno będzie lewicowemu kandydatowi zarzucić, że jest kandydatem postkomunistycznej lewicy, wszak do PZPR nigdy nie należał, co więcej, był więziony w czasie stanu wojennego. Ale te plusy mogą być jednocześnie dla elektoratu SLD, który jest w komitecie koalicyjnym przewodnią siła, wadą. Dlaczego? Otóż był on po 1989 roku posłem Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Swego czasu były redaktor naczelny „Trybuny” Marek Barański napisał o nim pogardliwie „ostatni uwol”.

Z Andrzejem Celiński może być jednak tak, jak w 2002 rok z Markiem Balickim, który również przez lata związany był ze środowiskiem UW, będąc posłem i wiceministrem zdrowia w rządzie premier Hanny Suchockiej. Wówczas to niespodziewanie wszedł do drugiej tury, eliminując przy okazji faworyzowanego Andrzeja Olechowskiego, kandydata PO, zdobywając w drugiej turze niemal 30% głosów. Przegrał ostatecznie nieznacznie z Lechem Kaczyńskim. Patryk Jaki to jednak nie Lech Kaczyński. Dlatego kandydatura Andrzeja Celińskiego, obliczona na wejście do drugiej tury, ma ogromne szanse na sukces. Kandydat lewicy będzie musiał jednak skutecznie punktować nie tylko PiS i Patryka Jakiego, co nie będzie dla niego trudne, ale również, zwłaszcza w pierwszej turze, działanie PO w Warszawie a tym samym Rafała Trzaskowskiego. To niezbędne, aby głosy anty-PiS poszły na stronę kandydata SLD-Lewica Razem.

Ta kandydatura to zapewne zła wiadomość dla Rafała Trzaskowskiego i warszawskiej PO. Andrzej Celiński bowiem ewidentnie zabiegać będzie mniej więcej o ten sam elektorat, co były wiceszef MSZ. Z jednym jednak ogromnym plusem na korzyść kandydata lewicy. Andrzej Celiński nie jest członkiem PO, tak skompromitowanej w Warszawie. To będzie miało swoje znaczenie w dniu wyborczym i w całej kampanii wyborczej. To również próba wyjścia poza duopol w debacie publicznej, którą zdominowały PiS i PO. Na razie kampania Rafała Trzaskowskiego wygląda ospale i niemrawo. Wyborcy w Warszawie, którzy nie chcą Patryka Jakiego na swojego prezydenta, będą mieć realny wybór pomiędzy politykiem, który wspierał obecną prezydent Warszawy a osobą spoza jakiegokolwiek układu. Ryszard Bugaj stwierdził swego czasu, że po tym, co PO zrobiła w Warszawie, partia Grzegorza Schetyny w ogóle nie powinna wystawiać swojego kandydata.

Andrzej Celiński podkreśla, że chce rozbić duopol dwóch partii, których spór trwa już ponad dekadę. Polskie społeczeństwo jest egalitarne, co potwierdzają wszystkie badania i należy wyjść temu naprzeciw. Grzegorz Schetyna, który przy każdej okazji powtarza, że potrzebna jest szeroka koalicja, aby walczyć z PiS, jest niewiarygodny. Tok rozumowania lidera PO jest taki: Walczmy z PiS, wszyscy razem, ale na naszych warunkach, opierając się o naszych ludzi i nasz program. To w demokracji niedopuszczalne. Włodzimierz Czarzasty zdradził kilka tygodni temu, jak PO chciała kupczyć SLD w Warszawie, proponując szefowi stołecznych struktur Sebastianowi Wierzbickiemu miejsce na liście PO.

Niektórzy Liberalni i lewicowi publicyści chcieliby, niczym Grzegorz Schetyna, aby wyborcy mieli wybór tylko między Jakim a Trzaskowskim. Tak swego czasu pisali Sławomir Sierakowski i Dominika Wielowiejska. Oboje zgodnie uznali, że tylko Rafał Trzaskowski jest w stanie zatrzymać w Warszawie PiS, a kolejne kandydatury tylko sprzyjają Patrykowi Jakiemu. Politycy PO tak straszyli PiS-em w ostatniej kampanii parlamentarnej, że dwa byli wicepremierzy w rządzie PiS znaleźli się na jej listach wyborczych. Wiarygodność w polityce to cecha ludzi wielkich. I te podobieństwa między PO i PiS będzie musiał Andrzej Celiński wypunktować. Takie jak wspólne powołanie CBA, IPN, czy zbieżność interesów w sprawie odpowiedzialności zbiorowej. To bowiem w 2009 roku politycy PO przeforsowali tzw. ustawę dezubekizacyjną, która objęła ok. 25 tysięcy osób. Lewicowi wyborcy o tym wiedzą i pamiętają.

Biedroń nie zbawi lewicy
2018-05-04 15:00:10
Od klęski projektu Zjednoczonej Lewicy w 2015 roku cała lewica jest w rozsypce, intelektualnej, organizacyjnej i jakościowej. Co jakiś czas jednak na zbawcę lewicy kreowany jest Robert Biedroń, prezydent Słupska, który sam określił się liderem opozycji.

Ekscytacja mediów dotycząca kolejnych sondaży prezydenckich nabiera tempa. Pomijając ich celowość na dwa lata przed wyborami, należy zauważyć, że apetyt Roberta Biedronia rośnie. Staje się on wielką nadzieją części lewicy i liberalnego centrum, które znużone jałowym sporem pomiędzy PO i PiS szukają swojego idealnego kandydata. Kogoś, komu można zaufać i powierzyć losy państwa. Robert Biedroń do tej pory wykluczał start w wyborach prezydenckich. Teraz jego język się zmienia. Co więcej, nie wyklucza nawet, że założy swoją własną partię. Czy jednak jego ewentualna partia będzie klasyczną socjaldemokracją? Bardzo wątpliwe.

Robert Biedroń bardzo niechętnie wypowiada się o swojej własnej tożsamości ideowej i swojej wizji lewicy. Jego przeszłość jest dość klasyczna w polskiej polityce. Przez wiele lat był członkiem i działaczem SLD. Przez wiele lat stał na czele Kampanii Przeciw Homofobii, gdzie wykonywał tytaniczną pracę na walce ze stereotypami odnoście mniejszości seksualnych. W 2011 roku został posłem Ruchu Palikota, partii na czele której stał były polityk PO, Janusz Palikot. On również przez wielu uważany był za „mesjasza lewicy”. Wielu na tę lewicowość Janusza Palikota dało się nabrać. Andrzej Rozenek, wówczas rzecznik prasowy klubu poselskiego Ruchu Palikota, stwierdził w programie "Młodzież kontra”, że różnica pomiędzy SLD a Ruchem Palikota jest taka, iż ten pierwszy ma lewicowy program na gospodarkę a partia Janusza Palikota liberalny. Ten przypływ szczerości potwierdzały kolejne głosowania.

Od 2014 roku, kiedy Robert Biedroń został prezydentem Słupska, rozpoczęła się jego szybka medialna kariera. Dobrze ułożony, wykształcony, znający języki, epatujący językiem wolności, demokracji i poszanowania mniejszości, szybko zyskiwał w skostniałej i zabetonowanej scenie politycznej. Dziś Robert Biedroń to w dużej mierze celebryta. Jawił się jako jedyna alternatywa dla Schetyny i Kaczyńskiego. I nadal nim jest. Tyle tylko, że jego wizja lewicowości jest, delikatnie mówiąc, oderwana od praktycznych lewicowych koncepcji. Nie mam na myśli tego, że Robert Biedroń chyba nigdy, a przynajmniej publicznie się tym nie szczycił, nie uczestniczył w pochodzie 1 maja, tradycyjnym lewicowym święcie świata pracy. Szokuje coś zupełnie innego. Chodzi o jego otwartą współpracę z Leszkiem Balcerowiczem, guru polskiego neoliberalizmu.

Ta współpraca trwa już od jakiegoś czasu. Dla lewicowego elektoratu postać byłego ministra finansów jest synonimem darwinizmu społecznego, symbolem cięć socjalnych i schładzania gospodarki, osobą, która zaorała polski przemysł. Robert Biedroń sam przyznawał, że będąc prezydentem Słupska dostrzega społeczne oczekiwanie na aktywną politykę publiczną odpowiadającą na bolączki społeczne. Z Leszkiem Balcerowiczem będzie to bardzo trudno zrealizować. Robert Biedroń stwierdził- „Rozmawialiśmy o finansach miasta o możliwości restrukturyzacji budżetu. Pan premier Balcerowicz jest ekspertem w tej dziedzinie i dlatego cieszę się, że chce nam pomóc”.

Czy głosując na Roberta Biedronia nie głosujemy czasem za powrotem neoliberalnej wizji rozwoju? Wizji, która wyklucza olbrzymie rzesze społeczeństwa i skazuje na degradację? Z PiS nie wygra się broniąc tylko demokracji i swobód obywatelskich. Do tego potrzebny jest zrównoważony rozwój, czyli coś, czego zabrakło przez wszystkie lata po 1989 roku. Państwo prawa to nie tylko wolne sądy, swobody obywatelskie, przestrzeganie Konstytucji. To również przestrzeganie zasady sprawiedliwości społecznej, którą gwarantuje nam obecna Konstytucja. Robert Biedroń to zatem wymarzony kandydat liberalnego centrum. Prezydent Słupska zapewniał, że Leszek Balcerowicz doradzać będzie za darmo. A podobno nie ma darmowych obiadów.


Stanisław Dubois - niepoprawny idealista
2018-02-07 09:52:46
Stanisław Dubois zaliczany do grona Wielkich Socjalistów jest postacią znaną, choć niezbyt upowszechnianą i lubianą przez historyków i media m.in. ze względu na swe usytuowanie polityczne na lewicy Polskiej Partii Socjalistycznej i nietrzymające się konwencji zasady działania. Zawsze wznosił się ponad interes własny, był niepoprawnym idealistą, których w PPS było wielu. On jednak wyróżniał się zawsze swą ideowością i patriotyzmem. Był jednym z niewielu, który przyszłość widział w młodzieży rozumiejącej procesy społeczne i polityczne, dobrze wykształconej, rozumiejącej drugiego człowieka. Przeciwstawiał się wszystkiemu, co deptało godność człowieka, ograniczało jego wolność i swobodę decyzji. Walczył z przejawami dyktatury w życiu publicznym, z faszyzacją polskiej polityki.
Wyrósł przez lata Polski międzywojennej na lidera młodzieży socjalistycznej, pełnego temperamentu działacza walczącego z niesprawiedliwością ówczesnego systemu zbudowanego na gruncie nieludzkiego kapitalizmu. Własną postawą i zaangażowaniem udowodnił czynem swój głęboki patriotyzm, biorąc udział jako ochotnik w wojnie z bolszewikami w 1920 roku oraz w powstaniach śląskich.

Stanisław Dubois był jednym z niewielu liderów ówczesnej lewicy, który rozumiał procesy globalne, umiał wyciągnąć wnioski z przyczyn i skutków I wojny światowej, przede wszystkim dla społeczeństw europejskich. W jednym ze swych wystąpień w 1931 roku mówił: Widzieliśmy w Polsce Brześć, ów Brześć, który nie jest jakimś epizodem, ale koniecznym etapem systemu, widzieliśmy haniebną pacyfikację Małopolski Wschodniej i oto, aby odwrócić uwagę ludu polskiego od tych bezeceństw, faszyści nasi zwracają mu głowę planami pochodu na Rosję, to znów groźbą najazdu Niemców; w tych warunkach wojna staje się koniecznością, a źródłem jej, obok dyktatury, jest gnicie kapitalizmu, nędza, wyzysk, bezrobocie w całym świecie, które narody zniosą tylko wtedy, gdy się je zmusi do podłej walki między sobą…

Stanisław Dubois, bohater prezentowanej biografii, napisanej przez Przemysława Prekiela, był postacią dotychczas nieodkrytą, mimo upływu 75 lat od momentu jego śmierci. Ukazało się co prawda szereg publikacji, w których znajdujemy fakty i nowe interpretacje dotyczące jego działalności, to jednak ta ostatnia książka, wydaje się być najpełniejsza i dokładnie dopracowana. Zawiera ona, poza znanymi już elementami biografii Dubois, nowe dokumenty odnalezione w ostatnich miesiącach pracy nad książką oraz opisy nieznanych wydarzeń z jego życia a także tragicznej śmierci w Auschwitz. Dotyczy to szczególnie, i jest efektem pasji poszukiwawczych autora, następujących faktów i dokumentów:
- miejsca, gdzie został ranny jako ochotnik Wojska Polskiego w wojnie z bolszewikami w Borkowie, w sierpniu 1920 roku,
- pobytu po I Powstaniu śląskim w obozie w Szczakowej,
- wniosku o nadaniu Krzyża Walecznych za III Powstanie Śląskie oraz faktu, że zwrócił następnie ten krzyż po procesie brzeskim,
- okoliczności poznania się z przyszłą żoną i opisy kolejnych miejsc zamieszkania,
- wyjazdu jako dziennikarza „Robotnika” do Palestyny w 1935 roku,
- warunków odosobnienia w więzieniu w Brześciu, a później w więzieniu mokotowskim.
Ponadto autor na podstawie danych ze sprawozdań sytuacyjnych Wojewódzkiego Urzędu w Białymstoku ustalił aktywność poselską Dubois w jego okręgu wyborczym. Z danych Archiwum Państwowego w Warszawie ustalił jego aktywność w Warszawie, gdzie był radnym. Opisał też jego wyjazd wraz z Stefanem Korbońskim na pogrzeb prezydenta Czechosłowacji Tomasa Masaryka.

Do najważniejszych osiągnięć autora należy odkrycie i zbadanie działalności Antoniego Opęchowskiego, agenta Gestapo, który zadenuncjował Dubois na Pawiaku, przyczyniając się tym bezpośrednio do jego uwięzienia i śmierci w Auschwitz.

Książka „Stanisław Dubois 1901 – 1942” jest wydarzeniem na polskim rynku czytelniczym z kilku powodów. Ukazuje się ona w roku obchodów stulecia niepodległości Polski uzyskanej po 123 latach zaborów, prezentując udział w tym wielkim dziele środowisk polskich socjalistów. Ukazuje ona jednego z wielkich bohaterów Polskiej Partii Socjalistycznej na tle epoki i realnych wydarzeń, w których uczestniczył, w ważnym okresie kształtowania się II Rzeczypospolitej. Ukazuje ona realia II Rzeczypospolitej, która w okresie dwudziestolecia międzywojennego przeszła drogę od zapoczątkowania swego odrodzenia poprzez program socjalistyczny rządów Daszyńskiego i Moraczewskiego, poprzez zamach majowy i proces brzeski, do dyktatorskich rządów sanacji i odrodzenia się zalążków faszyzmu.

Książka ta zawiera jeszcze jedno istotne przesłanie – poprzez losy Stanisława Dubois na tle losów II Rzeczypospolitej ukazuje degenerację ówczesnych polskich prawicowych elit politycznych, których celem był własny interes, sytuowany częściowo zagranicą poprzez układy kapitałowe, a nie interes szerokich rzesz narodu.

Książka ta nawiązuje pośrednio do rzeczywistości dzisiejszej Polski, daje wiele do myślenia, bowiem na jej stronach, jak w krzywym zwierciadle, odbija się nasza rzeczywistość – dziś, tu i teraz.
Książka Przemysława Prekiela „Stanisław Dobois 1901 – 1942” to 10 rozdziałów uporządkowanych chronologicznie z bogatą literaturą i dokumentacją historyczną. To także bogaty indeks nazwisk zawierający ponad 500 pozycji.

Andrzej Ziemski

---
Przemysław Prekiel, "Stanisław Dubois (1901 - 1942)", Wydawnictwo "Kto jest Kim" 2018, stron 260.
Przegląd Socjalistyczny
Wielki powrót SLD?
2018-02-03 07:49:43
Od klęski Zjednoczonej Lewicy i kandydatki SLD w wyborach prezydenckich mija trzy lata. Sojuszu miało nie być, miał rozmyć się, podzielić, sztandar miał zostać wyprowadzony. A jednak Sojusz przetrwał najgorszy okres w swojej historii. I ma się całkiem dobrze.

W styczniu 2016 roku Włodzimierz Czarzasty i Jerzy Wenderlich, decyzją członków SLD, spotykają się w drugiej turze wewnętrznych wyborów na przewodniczącego SLD. Partii, którą wielu jej członków określało syndykiem masy upadłościowej. Zwycięstwo Włodzimierza Czarzastego było zapowiedzią tego, że nowy lider zrobi wszystko, aby przywrócić partii blask i odzyskać zaufanie lewicowych wyborców, pogubionych po wyborach i słusznie obrażonych za kandydaturę Magdaleny Ogórek, która nie ukrywała, że partii się brzydzi a jej zgłoszenie w wyborczym wyścigu traktuje jako tylko i wyłącznie promocję swojej osoby. Lewicowy wyborca ma to do siebie, że potrafi pokochać, ale nie potrafi zapomnieć tego, że chce się z niego zrobić idiotę. Odium Magdaleny Ogórek jeszcze długo ciążyć będzie nad Sojuszem. Za błędy się płaci. Wybór Włodzimierza Czarzastego, jedynej dziś wyrazistej i rozpoznawalnej postaci w SLD, był wydarzeniem ważnym dla całej lewicy, której Sojusz pozostaje przewodnią siłą. Ważnym , ponieważ rozproszona dziś lewica musi szukać porozumienia i współdziałania w niełatwych dla niej czasach. W dużej mierze od SLD zależy dziś to, w która stronę pójdzie lewica. Czy zdoła wydobyć z siebie jeszcze jakikolwiek pierwiastek zainteresowania wyborców, czy też podzieli los AWS i przejdzie do historii.

Kadry i struktury

Zaczynając od odbudowy partii, Włodzimierz Czarzasty postawił na odbudowanie poranionych struktur, które zawsze traktowane były w góry, potrzebne tylko do zbierania głosów i płacenie składek. Działaczki i działaczy należało natchnąć nadzieją, że SLD nie jest partią przeszłości, ale jest w stanie odegrać jeszcze jakąś rolę. I to w dużej mierze okazało się strzałem w dziesiątkę. Przewodniczący SLD wraz z nowym sekretarzem generalnym, Marcinem Kulaskiem, pokonali w tym celi tysiące kilometrów, odbywając setki spotkań w terenie. Wszystko po to, aby nie stracić tego, co zostało i ocalić tych, którzy z SLD nie odeszli nadal wierzą z ten sztandar.

Siłą każdej partii politycznej są przede wszystkim struktury i aktywni członkowie. Sojusz ma tę cechę, co pozwoliło mu przetrwać w najtrudniejszych chwilach. Nie jest bowiem sztuką być w partii, która rządzi bądź współrządzi i jest reprezentowana w Sejmie. Sztuką jest w niej być, kiedy nie idzie. Zostają bowiem zawsze najcenniejsi. Warto bowiem zauważyć na pewną analogię, która wówczas wystąpiła. W szeregach SLD ostało się ponad 20 tysięcy członków, którzy wiążą z partią nadzieję, którzy chcą w niej działać i chcą być potrzebni. Na nowego przewodniczącego zgłosiło się dziesięć osób. To świadczy o tym, że funkcja szefa SLD, mimo, że partii nie ma w Sejmie, nadal jest atrakcyjna. Jest jeden wódz PiS, był jeden wódz w PO i mieliśmy 10 kandydatów na szefa SLD. To o czymś świadczy. W wyborach na przewodniczącego frekwencja wyniosła 64,5% aktywu SLD, kilka miesięcy po tym, jak SLD wypadł z Sejmu. To nie jest masa upadłościowa, jak chcieliby niektórzy. Liczba członków SLD przekracza 24 tysiące osób. Ten wynik ma jeszcze jeden ważny element. W podobnym czasie na funkcję przewodniczącego w wyborach powszechnym, zdecydował się PO, która przez osiem lat sprawowała władzę. Tylko 50 % członkiń i członków PO zdecydowało się wziąć udział w wyborach, czyli zaledwie osiem tysięcy osób spośród 17 tysięcy. Grzegorz Schetyna nie miał ponadto kontrkandydata. To wynik zdecydowanie na korzyść SLD, który świadczy o przywiązaniu do barw i sztandaru, jednym słowem, spuścizny partii. Co więcej, SLD jest pod względem płacenia składek na drugim miejscu za PiS. To zapewne ewenement, aby członkowie partii płacili więcej na partię, której nie ma w Sejmie niż na największa opozycyjna partię, która ma za sobą osiem lat rządów. Członkowie SLD wpłacili do partyjnej kasy w 2016 roku ponad milion złotych.

Walka o pamięć

Polityka historyczna odgrywa w Polskę ogromna rolę. Jest areną brutalnej walki, która lewica odpuściła na własne życzenie. Dzisiejsze młode pokolenie jest wychowywane w kulcie tzw. „żołnierzy wyklętych”. IPN, publiczna instytucja, ma ogromny budżet i co za tym idzie, ogromne możliwości wpływania na osądy historii. Jest to przekaz niemal wyłącznie zero-jedynkowy. IPN m budżet większy niż Polska Akademia Nauki, co świadczy o olbrzymim zaangażowaniu i trosce prawicy w walce o wychowanie młodego pokolenia.

Rządząca prawica potrafiła skutecznie narzucić swoją narrację historyczną. To sprawiło, że wielu, także tych, na lewicy, zaczęło wstydzić się własnej tożsamości. To poważny błąd, który kosztował lewicę zepchnięcie do bolszewickiego worka, bo tak bowiem dziś oceniana jest lewica przez młode pokolenie. Lewica nie ma najmniejszych powodów, aby wstydzić się własnej historii. Mowa tu zarówno o wielkim dorobku PPS, partii sponad 125-letnim stażem, a także dorobkiem Polski Ludowej, której rozwój zapewnił awans społeczny milionom polskich obywateli. Zbliżająca się setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, będzie z pewnością próbą wykorzystania całej machiny propagandy, aby przedstawić historię według własnych reguł. A to nie kto inny jak socjalista Ignacy Daszyński stanął na czele rządu lubelskiego w nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku. Socjaliści przed wojną właśnie tę datę czcili jako dzień niepodległości. Mało kto wie, że czerwony sztandar 11 listopad zawisł na Zamku Królewskim w Warszawie, co miało symbolizować nie tylko odzyskaną niepodległości, ale również ustrój, w jakim odrodzone państwo będzie funkcjonować. Niepodległość nie była bowiem jedyną walką, jaką toczyła PPS. Tę walkę toczono również o sprawiedliwość społeczną i demokrację.

To rząd Ignacego Daszyńskiego a następnie Jędrzeja Moraczewskiego wprowadzał, rewolucyjne, jak na ówczesne warunki społeczne, standardy, takie jak prawo do strajku, 8-godzinny dzień pracy, ubezpieczenie społeczne, równość płci. Dzięki staraniom i zaangażowaniu SLD i PPS, w tym roku, co jest już przesądzone, stanie w Warszawie pomnik Ignacego Daszyńskiego. Do tej pory bowiem każdy z tzw. ojców niepodległości miał swój pomnik w Warszawie. Co roku państwowe delegacje będą zatem pochylać czoła przed tym wielkim socjalistą. To co prawda tylko symboliczny gest, ale jakże ważny w toczącej się bitwie o pamięć.

Samorządowcy SLD

Partii, której nie ma w Sejmie, a która posiada na szczeblu sejmików, rad powiatu, miast i gmin, ogromną rzeszę radnych, musi postawić na samorządowców, którzy w swoich lokalnych społecznościach są cenieni i rozpoznawalni. Pod względem ilości radnych, SLD jest drugą partią po PO. To jest dziś największa siła Sojuszu i jednocześnie nadzieja, bowiem jesienne wybory samorządowe określą przyszłość tej partii.

SLD ma kilka samorządowych gwiazd, które mogą przynieść wygraną w nadchodzących wyborach. Jedną z nich jest Krzysztof Matyjaszczyk, prezydent Częstochowy, jeden z najlepiej ocenianych samorządowców w kraju, prezydent Rzeszowa, Tadeusz Ferenc, wiceprezydent Łodzi Tomasz Trela, wiceprezydent Kalisza Karolina Pawliczak i wielu innych. W wielu miastach SLD współrządzi i ma realny wpływa na to, co dzieje się w mieście bądź powiecie. Włodzimierza Czarzasty zapowiedział, że w wyborach samorządowych SLD idzie pod szyldem SLD Lewica Razem, takim samym, jak w poprzednich wyborach. SLD może liczyć na kanapowe partie, które tworzyły Kongres Lewicy. Przed wyborami samorządowymi jest jednak jeszcze wiele pytań, choćby takie, jaką PiS przygotuje ordynację i czy zmienione będą okręgi wyborcze. Jedno jest pewne. SLD jest dziś w stanie wystawić kilkanaście tysięcy kandydatów we wszystkich okręgach wyborczych na wszystkich szczeblach. Wybory samorządowe mają to do siebie, że struktury lokalne odkrywają pierwszorzędną rolę. Bez tej bazy, partie, które są w Sejmie, a które nie zbudowały struktur, zazwyczaj przepadają. Tak było w przypadku Ruchu Palikota i tak będzie zapewne w przypadku Kukiz 15. Nie posiada dziś tej zdolności ani Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej, ani Robert Biedroń, wysoko oceniany w rankingach zaufania, ale jednak polityczny plankton.

Ustawa represyjna

Dziś jedynym elementem wyróżniającym SLD na tle innych partii, jest jej stosunek do PRL i ludzi, którzy żyli i pracowali w tamtym okresie. To jest tożsamość Sojuszu i elektorat, który przez niemal trzy dekady tzw. wolnej Polski, czuje się zepchnięty na margines. Zdaje się, że zrozumiał to Włodzimierza Czarzasty i jego współpracownicy, którzy zaangażowali się w wyrównanie krzywdy, jaka dotknęła byłych funkcjonariuszy. Chodzi o tzw. ustawę dezubekizacyjną, która przez wielu określana jest jako niekonstytucyjna i łamiąca standardy państwa prawa. PiS za pomocą mediów udało się wmówić społeczeństwu, że to ustawa, która przywraca elementarną sprawiedliwość. Andrzej Rozenek, wcześniej poseł Ruchu Palikota, od niedawna członek i działacz SLD, stanął na czele Obywatelskiego Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej Federacji Służb mundurowych. Podkreśla, że to nie ustawa dezubekizacyjna, tylko represyjna w wyniku której, już kilka osób odebrało sobie życie. I trudno się z tym nie zgodzić. W 2010 roku Trybunał Konstytucyjny orzekł, , każdy funkcjonariusz organów bezpieczeństwa PRL, pozytywnie zweryfikowany, ma w pełni gwarantowane prawa z tymi, którzy służbę rozpoczęli od połowy 1990 roku. W 2009 roku to rządząca ówcześnie PO uchyliła drzwi zabierając prawa nabyte a teraz PiS te same drzwi otworzył na oścież stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej.

Andrzej Rozenek, najbardziej z SLD zaangażowany w tę sprawę, jeździ po całej Polsce i spotyka się z tymi, którym PiS zabrał część ich własnych, wypracowanych pieniędzy. Udało się zebrał 250 tysięcy podpisów pod projektem ustawy przywracającej emerytury funkcjonariuszom służb mundurowych. PiS ma jednak taką przewagę, że te ustawę zapewne wyrzuci do kosza. Nie to jednak jest najważniejsze, ale fakt, że za tymi ludźmi stanął ktoś w obronie i to partią mógł być tylko SLD. To będzie miało znaczenie przy urnach wyborczych.

Przed liderami Sojuszu jest odpowiedź na pytanie- co dalej? Czy ma być to partia resentymentu do PRL, co zapewni SLD dostanie się do Sejmu w liczbie około 20 osób. Czy partia potrafi jeszcze skusić czymś młodsze pokolenie, całkowicie wyalienowane od lewicowego myślenia? Tradycyjny elektorat SLD się kurczy z przyczyn naturalnych. Jeśli Włodzimierz Czarzasty na znajdzie na to recepty, będzie ostatnim przewodniczącym SLD.

Alarm Tuska
2017-11-20 11:28:30
Dla liberalnej opozycji, Donald Tusk jest jedyną nadzieją na pokonanie zamordystycznej dyktatury PiS. Jego przyjazd na białym koniu, jako męża opatrznościowego ojczyzny, jest wyczekiwany tu, niczym pierwsza gwiazdka na Święta.

Rosną płace, mamy rekordowo niskie bezrobocie, program 500 plus działa, i, jak na złość, nie posypały się finanse publiczne państwa. Co gorsza, PiS zapowiada kolejne transfery socjalne, na co liberalna opozycja może zaproponować jedynie mityczną walkę o wolność. Jednak wolność bez pieniędzy, to niewola w nędzy. Jarosław Kaczyński doskonale zrozumiał największe społeczne bolączki i potrafił wyjść im naprzeciw. Europejskie standardy są dla społeczeństwa istotne tylko wówczas, kiedy jest za co opłacić prąd, gaz, wodę, kupić chleb. Niskie płace były dotąd emanacją polskiego pracownika. Byliśmy i nadal jesteśmy montownią Europy, miejscem, gdzie skleja się części do Opla.

Donald Tusk jest dziś bodaj jedynym polskim politykiem, który potrafi wyprowadzić Jarosława Kaczyńskiego z równowagi. Dla elektoratu PiS, skutecznie podgrzewanym przez partyjne media i rządową telewizję, Tusk jest dziś synonimem zdrady narodowej, targowicy, tym, który sprzedał się i teraz pluje na Ojczyznę z zagranicy. Dochodzą do tego nierozliczone afery, które PO skutecznie zamiatała pod dywan przez osiem lat swoich rządów. Już nie dziadek z Wermachtu jest postrachem dla pisowskiego ludu, ale przede wszystkim zdradziecki Zachód, który chce narzucić Polsce swoje standardy, z tak obrzydliwymi postulatami jak niezawisłość Trybunału Konstytucyjnego, wolność prasy i inne przeklęte i nikomu niepotrzebne banały. Był dziki Zachód, teraz mamy zgniły Zachód. A, nie, ten tez już był. Teraz Zachód jest lewacki.

Problem z Donaldem Tuskiem jest zupełnie inny, od tego, który próbuje wykreować PiS. To nie zażarta walka jest tu osią sporu, choć tak dla PiS byłoby wygodniej. Donald Tusk odpowiada przede wszystkim za brak zdecydowania i konsekwencji do działania.PO wiele razy zabrakło jaj. Podczas ośmiu lat swoich rządów, miał wielokrotnie okazję, aby postawić Kaczyńskiego, Kamińskiego,Ziobrę przed Trybunałem Stanu. Kiedy przyszło do głosowania, zabrakło już odwagi, aby zrobić to, co obiecywało się podczas lat 2005-2007. Wówczas zabrakło tylko pięciu głosów. Ciekawsze zajęcia mieli wówczas chociażby ówczesna premier Ewa Kopacz i były marszałek sejmu Radosław Sikorski. Ta pierwsza dała swoim wyborcom solidnego kopa, ten drugi, burzył Pałac Kultury i Nauki z klocków. Zbigniew Ziobro nazwał wówczas tych, którzy chcieli postawił go przed TK nieudacznikami, miał rację. Dzisiejsze deklaracje Grzegorza Schetyny, w których zarzeka się, że obroni Polskę przed PiS, są tyle warte, co deklaracja PiS, że jest redutą wolności. Donald Tusk ma jednak szczęście. Pamięć polskiego wyborcy jest krótka i zazwyczaj ulotna. Przewodniczący Rady Europejskiej rozpoczął już wyścig po miejsce pod żyrandolem. Donald Tusk nie musi bić na alarm, musi dziś uderzyć się w piersi.


Ani Trzaskowski, ani Jaki
2017-11-05 11:03:51
Sławomir Sierakowski w przenikliwym i błyskotliwy felietonie, a każdy w jego wydaniu jest na podobnym poziomie, jest zdania, że kandydatura Rafała Trzaskowskiego jest jedyną alternatywą, aby w Warszawie zatrzymać PiS. Na rok przed wyborami taka deklaracja jest co najmniej zastanawiająca.

To prawda, że wybory w Warszawie mają wymiar symboliczny i mogą być trampoliną wyborczą dla tego, kto zasiądzie w fotelu prezydenta miasta. Mogą, jak w przypadku Lecha Kaczyńskiego, ale nie musza, bowiem trudno dziś sobie wyobrazić skompromitowaną Hannę Gronkiewicz-Waltz w polityce. Afera reprywatyzacyjna, za którą odpowiedzialność ponosi PO a jej emanacją jest urzędująca prezydent, powinna zmusić władze PO do oddania tych wyborów walkowerem. Polityka jednak nie ma nic wspólnego z braniem odpowiedzialności i uczciwością. Kandydatura Rafała Trzaskowskiego to gwarancja zamiecenie pod dywan wszystkiego tego, co było. Lata zaniedbań skutecznie podkopały zaufanie do tej władzy w Warszawie.

Politycy PO i PiS sprawnie narzucają własną narrację w debacie publicznej. Jedni i drudzy przekonują, że tylko ich kandydat może zatrzymać przeciwnika, dlatego pozostałe partie chcąc nie chcąc, muszą poprzeć ich kandydata i opowiedzieć się po którejś ze stron. Ulegają temu zwłaszcza dziennikarze, którzy nakręcają spiralę podziału, na którym wygrywają od lat dwie największe partie. Polskie społeczeństwo jest jednak egalitarne z pozostali kandydaci nie są na straconej pozycji. Taka postawa byłaby samobójcza dla lewicy. Najlepszym tego przykładem niech będzie Andrzej Duda, nikomu nie znamy poseł do PE, który pokonał w wyborach prezydenckich lidera sondaży, prezydenta Bronisława Komorowskiego.
Partia Grzegorza Schetyny zachowuje się tak, jakby miała monopol na przedstawianie się jako jedyna siła, która może powstrzymać PiS. To zrozumiała z punktu widzenia tej partii, bowiem nic tak w polityce nie wzmacnia, jak podział i polaryzacja. Jednak podobieństwa między PO a PiS są ogromne. Obie partie z obrzydzeniem patrzą na czasy PRL, obie powołały do życia IPN, obie głosowały za powołaniem CBA. Transfery polityczne między PO i PiS były bardzo częste. To musi o czymś świadczyć. Również głosowanie nad uchwałą upamiętniająca 75-tą rocznice powołania NSZ przeszło głosami posłów PO. To nie kto inny, jak Bronisław Komorowski podczas obchodów Święta Niepodległości kłaniał się pod pomnikiem Romana Dmowskiego. Postać Rafała Trzaskowskiego nie wzbudzi w lewicowym elektoracie namiętności i nadziei, bowiem jej wyborcy pamiętają to, co PO robiła w Warszawie przez lata swoich rządów.

Jeśli lewica chce przetrwać, musi zachować własną tożsamość i wystąpić zarówno przeciwko PiS jak i PO. SLD nie stać na to, aby nie wystawić w Warszawie własnego kandydata lub kandydatki. Lista nazwisk, które brane są pod uwagę, jest długa i rokująca. Wymieniany jest m.in. Ryszard Kalisz, postać niezwykle popularna, która w sondażach zajmuje wysokie trzecie miejsce. Taki ewentualnie wynik kandydata SLD dałby tej partii niezły wynik w wyborach samorządowych, mógłby pociągnąć lewicę w Warszawie. Dochodzą do tego jeszcze kandydatury Katarzyny Piekarskiej i Małgorzaty Szmajdzińskiej, które mają równie wysokie poparcie. Jest jeszcze Barbara Nowacka, liderka Inicjatywy Polskiej, która w 2015 roku osiągnęła w Warszawie świetny wynik. Postawa Sławomira Sierakowskiego jest wymarzonym prezentem dla liberalnego mainstreamu, który lewicę widzi małą i spolegliwą. Kiedyś lewicy wolno było mniej. Dziś nie wiele więcej.

W bipolarnej debacie publicznej SLD będzie musiał stawiać czoło dwóm wyzwaniom. Z jednej strony atakować rządzących jak i główny nurt opozycji, zarówno w postaci PO jak i Nowoczesnej. To lewica powinna być twarzą zmiany. Zmiany prawdziwie antysystemowej, która zaneguje obecny system z pozycji socjaldemokratycznych i wyjdzie naprzeciw społecznym oczekiwaniom.

Lenino
2017-10-12 08:01:02
Żyjemy w czasach nasilonej propagandy historycznej prawicy. Tym bardziej, jakby na przekór tym tendencjom, przypomnienie bitwy pod Lenino i męstwa tych żołnierzy, jest naszą powinnością.

Dla prawicowych historyków tamci żołnierze to zdrajcy, sowieccy zdrajcy, komunistyczne pachołki w najlepszym przypadku żołnierze, którzy nie zasługują na pamięć i należy ich wyrugać ze społecznej świadomości. Od 1989 roku państwo konsekwentnie wypiera z pamięci historię Wojska Polskiego walczącego na froncie wschodnim podczas II wojny światowej. Umniejsza się ich rolę, skazując nie tylko na zapomnienie, ale, co gorsza, zarzuca im się zdradę. Nie wolno dzielić polskiej krwi na lepszą i gorszą. Bowiem to policzek dla polskiego państwa i nas samych.

Kim byli żołnierze, którzy walczyli u boku ZSRR i walczyli pod Lenino? To wcześniejsi zesłańcy na Sybir, do Kazachstanu i w inne rejony ZSRR. Przy okazji tworzenia polskiej armii w ZSRR otrzymali oni niebywałą wręcz okazję do wyrwania się z niewoli. Kierowała nimi nie tylko niepewność jutra, ale również gorący patriotyzm, który szedł w parze z oddaniem i poświęceniem, co udowodnili na całym szlaku bojowym. I tak faktem, który może dziś wydać się zaskakujący, jest chociażby fakt obecności w 1. Dywizji Piechoty kapelanów wojskowych. Odprawiane były msze święte, modlitwy, jednym słowem, nijak to się ma do kreowanej przez dzisiejszą propagandę rzeczywistości. Był odgrywany polski hymn, flaga była biało-czerwona, obchodzono święta religijne. Żołnierską przysięgę składano z dodaniem „Tak mi dopomóż Bóg”. W pamięci żołnierzy zapisał się ksiądz Wilhelm Kubsz, w stopniu majora, bardzo oddany polskiej sprawie, bliski żołnierzom towarzysz ich niedoli. Był Kapelanem Wojska Polskiego w ZSRR. Dostanie się do tej armii było nie tylko szansą walki z znienawidzonym wrogiem, ale również szansą na wydostanie się z nieludzkiej ziemi.

W Polsce Ludowej jedna bitwa stoczona przez Wojsko Polskie była czczona szczególnie. To bitwa pod Lenino. Miał być to symbol polsko-radzieckiego braterstwa broni. Był to chrzest bojowy polskich żołnierzy w ZSRR. Symboliczną datą był dzień 1 września 1943 roku, kiedy to Pierwsza Dywizja Piechoty wyruszyła na front. Cztery lata wcześniej rozpoczęła się bowiem wojna, której następstwem był obecność polskich żołnierzy w tym miejscu. Do symboliki przywiązywano olbrzymią rolę. W doktrynie wojennej ZSRR straty wojenne nie były najważniejsze, życie żołnierza było dość cynicznie wykorzystywane. I o ile to potężne imperium miało olbrzymie zapasy siły ludzkiej, o tyle każda kropla polskiej krwi kosztowała wiele. Ta historyczna, zwycięska bitwa kosztowała życie 510 kościuszkowców, 652 zaginęło bez wieści a 116 dostało się do niewoli. To bagatela 23,7 proc. stanu osobowego! Ta danina krwi nie może pozostać zapomniana! Polacy wykazali się męstwem i wielką walecznością. W bitwie pod Lenino Polacy zadali Niemcom duże straty – ok. 1500 żołnierzy niemieckich zginęło, a 326 dostało się do niewoli. To trzy razy więcej, niż straty własne! Warto przy tym zauważyć, iż pierwszy i ostatni raz w tej wojnie władze ZSRR uhonorowały troje Polaków tytułami Bohaterów Związku Radzieckiego. Wśród odznaczonych była kobieta. Z kolei podczas Powstania warszawskiego, olbrzymim męstwem wykazał się Edwin Rozłubirski ps. Gustaw, partyzant lewicowej Armii Ludowej, generał Wojska Polskiego. Za walki w Powstaniu otrzymał on od gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari.

Szlak bojowy żołnierzy gen. Zygmunta Berlinga, który tworzył zręby Wojska Polskiego w ZSRR, od Lenino do Berlina był olbrzymi. Podczas walk na Wale Pomorskim poniesiono największe straty w jednej operacji. Wówczas życie straciło ponad 3 tysięcy żołnierzy. Przełomowym momentem była jednak obecność żołnierzy Wojska Polskiego w bitwie o Berlin. Zdobycie stolicy III Rzeszy dla polskiego żołnierza to symbol nadzwyczajny. Oto bowiem nadarzała się okazja, aby po sześciu niemal latach od napaści Niemiec na Polskę, dokonać dziejowej sprawiedliwości. Ciekawostką może być to, że plany ZSRR nie przewidywały udziału Polaków w szturmie na stolicę Niemiec. Dopiero po interwencji Marszałka Michała Żymierskiego u Marszałka Żukowa, oraz po osobistej decyzji Stalina, zezwolono na udział polskich jednostek. Straty również były duże. Podczas operacji berlińskiej, trwającej od 16 kwietnia do 2 maja 1945 roku, straty bojowe wyniosły 4871 poległych, rannych i zaginionych żołnierzy WP. Polska flaga zawisła nad Berlinem, co dziś nie jest w ogóle eksponowane. Czy może być większa duma, niż biało-czerwona flaga powiewająca nad gruzami III Rzeszy zawieszona przez kapitana Henryka Jabłońskiego?

Im dalej od tych wydarzeń, im ostrzejsze padają opinie o tamtym wojsku, o tych ludziach, którzy z narażeniem życia walczyli o wolność swojego kraju. A jeszcze kilka lat temu Lech Kaczyński weteranów spod Lenino honorował, nie było mowy o wygłoszeniu w ich kierunku złego słowa. W 2008 roku, podczas 65 rocznicy bitwy pod Lenino, odczytano list Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w którym prezydent wyraził uznanie dla ducha i determinacji polskich żołnierzy walczących pod Lenino stawiając ich w gronie bohaterów, którym należy się szacunek polskiego narodu. PiS często powołuje się na spuściznę po byłym prezydencie. Warto odrobić tę lekcję. Podobnie zachował się Aleksander Szczygło, najpierw jako szef MON a następnie jako szef BBN. W 2008 roku jako szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego złożył osobiście hołd żołnierzom Wojska Polskiego na Białorusi. Mówił słowa wyważona, jakże odmienne od tych, które dominują w obozie „dobrej zmiany”: W naszej historii jest miejsce dla wszystkich, dla których niepodległa Rzeczpospolita była i jest dobrem najwyższym. Dlatego w jednym szeregu należy wymieniać tych, którzy walczyli z dwoma okupantami w 1939 r., działających w konspiracji oraz idących ze Wschodu i z Zachodu. Podobnie brzmiały słowa gen. Franciszka Gągora, ówczesnego Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego Wojska Polskiego, który mówił: 12 października 1943 roku to jedna z ważnych dat w historii WP. Poległym w bitwie pod Lenino jesteśmy winni pamięć i szacunek na równi z wszystkimi innymi żołnierzami, którzy przelali krew walcząc o wolną Polskę na wielu frontach II wojny światowej - powiedział gen. Gągor. Dla polskich żołnierzy walczących pod Lenino udział w tej bitwie oznaczał szansę na powrót do Ojczyzny - najkrótszą z możliwych dróg – dodał. Czy dziś ktokolwiek z obecnego kierownictwa MON i Pałacu Prezydenckiego zdecydowałby się na taką odwagę? Prawda nam niestety staniała.

Odchodzą już ci żołnierze, którzy przelewali krew na froncie wschodnim. Żyją jednak rodziny tych żołnierzy. Sponiewieranym przez prawicową politykę historyczną żołnierzom, dziękuję i składam głębokie uznanie.

Nie blokujcie miesięcznic!
2017-07-10 18:09:42
Nie jestem fanem tzw. miesięcznic smoleńskich. Uważam ja za przede wszystkim partyjne wydarzenie, dzielące ludzi w których epatuje wroga narracja, pełna nienawiści i chęci zemsty. Ale blokowanie uważam za pomysł zupełnie absurdalny i bezsensowny, który tylko konserwuje sztuczny podział między PiS a PO.

Jarosław Kaczyński i jego najbliższe otoczenie systematycznie od katastrofy smoleńskiej buduje swój mit założycielski z fałszywą tezą o wybuchu i rosyjskiej odpowiedzialności. To szkodliwe dla polskiego państwa i polskiego społeczeństwa. Dochodzi wówczas do scen niegodnych i urągających pamięci ofiar i ich najbliższych, którym nie zależy na takim uczczeniu ich pamięci. Jarosław Kaczyński uwielbia podziały, rozbudzać lęki i strach. Jest w tym faktycznie naczelnikiem polskich obaw. Tym bardziej nie rozumiem, po co opozycja wpisuje się w ten scenariusz?

Od jakiegoś czasu miesięcznice smoleńskie blakły, traciły na znaczeniu, nie było wielkich tłumów, umarłyby śmiercią naturalną. PiS zdobył władze, nie było więc potrzebny śpiewać pieśni typu „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Przychodzili tam w większości najwierniejsi zwolennicy PiS będący pod urokiem prezesa, który w słowach pełnego skupienia i powagi rugał polityków opozycji. Jest to jednak dzień, który dla sporej grupy ludzi jest po prostu ważny i tak już pozostanie. Odbywa się wówczas msza święta w intencji ofiar, odmawia się różaniec, wspomina zmarłych. Blokowanie tego typu uroczystości to dla tej części społeczeństwa nie tylko nieporozumienie, ale akt barbarzyństwa, co jestem w stanie zrozumieć. Jak bowiem można blokować pamięć czy chęć wspominania tych, którzy byli z nami? Wiece i pochody można przecież uprawiać każdego innego dnia, bez tworzenia napięcia i podwyższonego ryzyka. Demokracja działa, choć trwa jej demontaż.

Blokowanie miesięcznicy to wyraz bezradności pewnej części opozycji, która nie ma pomysłu na państwo. Jej jedyną odpowiedzią jest powrót do tego, co było. To już nie działa. PiS ma swoją wizję państwa, można się z nią nie zgadzać, nawet trzeba, ale opozycja kompletnie zatraciła poczucie tożsamości i odpowiedzialności. Polityka ciepłej wody w kranie nie może być zastąpiona przez zimny prysznic, jaki funduje nam obecny rząd. Od polityków opozycji wymagam odpowiedzialności i realnej alternatywy a nie emocji, które tylko umacniają PiS. Nie trzeba być bowiem szczególnie bystrym żeby wiedzieć, iż taki konflikt jest władzy na rękę. Tak samo było z blokowaniem tzw. Marszy Niepodległości i tak samo z blokowaniem Sejmu. Polskie społeczeństwo tak to odbiera, choć kompletnie nie potrafi zrozumieć tego liberalny mainstream. Aż 60% Polaków nie popiera blokowania miesięcznic. PiS ma ogromne szczęście do fatalnej opozycji.

Kiedy upadła komuna?
2017-06-04 09:51:24
Dzień 4 czerwca jest w liberalnym mainstreamie wielkim świętem. Czci się upadek wrednej komuny, jako wielkie zwycięstwo polskiej demokracji. To mit założycielski elit po 1989 roku.

Ta data to doskonała okazja do bilansu polskiej transformacji. Tego jednak nie będzie, bowiem z jednej strony liberalny przekaz, który dominuje w mediach, jest głuchy na argumenty, z drugiej strony, konserwatywna partia rządząca podważa ówczesne reformy mając na uwadze jakiś wyimaginowany układ, choć sam Lech Kaczyński uważał, że nic takiego nie miało miejsca. A przecież można było inaczej. Bez takich kosztów, bez błędów, bez cięż, bez wyrugania ogromnej części społeczeństwa z tortu, jakim była ogromna prywatyzacja. To, co zbudowała komuna, sprzedano bardzo szybko. Owszem, nie wszystko było rentowne, ale dla liberałów niemal wszystko co publiczne, jest nierentowne. Prof. Tadeusz Kowalik należał wówczas do nielicznego grona intelektualistów, którzy przestrzegali przed pójściem w neoliberalny dogmat.

O ewentualnym sukcesie transformacji należy również patrzeć poprzez pryzmat społeczeństwa obywatelskiego. Pod tym względem jesteśmy w czarnej dupie. Na wybory chodzi garstka ludzi, rządzi więc nami mniejszość. I to praktycznie od samego początku. To jest praktyczny wymiar tej wolności. Obywatele nie mają zaufania do państwa i jego instytucji. Nie mówiąc już o ogromnej fali emigracji. Z Polski wyjechało więcej ludzi, niż podczas Stanu Wojennego, co się rzadko podkreśla. A to jest pewien symbol. Z polskiego „cudu gospodarczego” ludzie spieprzają tam, gdzie państwo nakłada na ludzi wyższe podatki. Bowiem to mit, że państwo ma być tanie. Tani, to może być barszcz. Państwo ma być efektywne. Kolejki po mięso zastąpiły kolejki po życie.

Ówczesne tuzy podkreślają dziś, przynajmniej ich znacząca część, że się pomylili. Marcin Król napisał bardzo ciekawą książkę pod znamiennym tytułem "Byliśmy głupi". Wydaje się, że jest dziś tylko jedna osoba w państwie, która nie wyciągnęła wniosków i jest ślepa na to, co dzieje się w świecie. To Leszek Balcerowicz, który trwa przy swoim.

Cztery lata po wyborach z 4 czerwca lewica wygrała wybory. Równie demokratyczne i wolne, które przerżnęła w 1989 roku. Taka była społeczna ocena reform Leszka Balcerowicza. To nie ruiny mury berlińskiego są symbolem wolności. To ruiny Stoczni Gdańskiej.
Hajnówka
2017-02-23 15:25:35
Ulicami Hajnówki przejdzie II Marsz Żołnierzy Wyklętych. Sąd Okręgowy w Białymstoku odrzucił apel zarówno burmistrza jak i rady miasta, która była przeciwna. To policzek wymierzony w rodziny ofiar „Burego” oraz zwyczajna prowokacja, która ma na celu promocję nacjonalizmu w wykonaniu neofaszystowskiej organizacji ONR.

Od kilku lat w wyniku intensywnie prowadzonej polityki historycznej, której rzecznikiem i strażnikiem jest IPN, promuje się żołnierzy antykomunistycznego podziemia. Dochodzi niekiedy do kuriozalnych wniosków i interpretacji. Wszystkich tych, którzy walczyli z władzą ludową wrzuca się do jednego, patriotycznego worka. Nie ważne, że niektórzy odpowiadają za śmierć ludzi, w tym kobiet i dzieci, za spalone wsie. Ważne, że walczyli z „komuną”. I tak dziś jednym z bohaterów został Romuald Rajs „Bury”, który odpowiada za śmierć kilkudziesięciu osób i pacyfikację prawosławnych wsi na Podlasiu. Każda legenda ma swoją ciemniejszą stronę.

Jednak ten sam IPN przeprowadził drobiazgowe śledztwo dotyczące zbrodni „Burego” i jego żołnierzy. Nie miał wyjścia, bowiem zgłaszały się coraz liczniej rodziny ofiar, które milczały kilkadziesiąt lat. Znalazło to potwierdzenie w źródłach, nie przekonuje to zwolenników „żołnierzy wyklętych” . Co ciekawe, o ludobójstwo oskarża go nie „komunistyczna propaganda”, „rodziny rzekomych ofiar” tylko sam IPN, strażnik antykomunistycznej rewolucji. Warto zatem przytoczyć kilka zdań z tego śledztwa. „Nie kwestionując idei walki o niepodległość Polski prowadzonej przez organizacje sprzeciwiające się narzuconej władzy, do których należy zaliczyć Narodowe Zjednoczenie Wojskowe należy stanowczo stwierdzić, iż zabójstwa furmanów i pacyfikacje wsi w styczniu lutym 1946 r. nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa. W żadnym też wypadku nie można tego co się zdarzyło, usprawiedliwiać walką o niepodległy byt Państwa Polskiego”. Łącznie ofiarami „Burego” było niemal 80 osób. W Zaleszanach, gdzie spłonęło żywcem 14 osób, w tym siedmioro dzieci w wieku od dwóch tygodni do 16 lat. Czy polski patriotyzm musi mieć wymiar nacjonalizmu i krew na rękach dwutygodniowego dziecka? Jakby tego było mało, ostatnio opublikowany raport CIA z 1947 roku demaskuje znaczną część polskiego podziemia. Amerykanie sami używają zwrotu „bandy”.

Dziś „żołnierzom wyklętym” stawia się pomniki, nastoletni druhowie i druhny zaciągają pod nimi honorowe warty, płoną znicze, młodzież z dumą nosi koszulki z podobiznami „Burego, „Łupaszki”, „Ognia” i innych i tylko gdzieś na obrzeżach tej chwały i sławy snują się potomkowie „zhańbionych i niegodnych” przeciwników owych „prawdziwych patriotów”. Określenie „żołnierzy wyklętych” mianem bandytów to nie tylko wymysł komunistycznej propagandy, ale również narracja w wykonaniu wolnego świata, czego dowodzą dokumenty CIA. Nacjonaliści w Hajnówce testują polską demokrację i społeczeństwo. Jak daleko jeszcze brunatna ideologia może się posunąć? Marsz ONR z portretami „Burego” w tym miejscu, to brak poszanowania pamięci i bólu rodzin. To tak, jakby we Lwowie pod oknami polskich rodzin, przeszli nacjonaliści z portretami Stepana Bandery.




Rok Czarzastego
2017-01-23 16:54:28
Rok temu delegaci na Kongres SLD wybrali Włodzimierza Czarzastego na przewodniczącego SLD. Po raz kolejny wielu składało Sojusz do grobu. Tymczasem partia okrzepła i ma się dobrze.

Po wyborczej klęsce i rozsypce wyborczego projektu pod nazwą Zjednoczona Lewica, poprzez własne błędy po raz pierwszy lewica nie miała swojej reprezentacji parlamentarnej. Zabrakło niewiele, jednak to w polityce ogromnie dużo. Wybór Włodzimierza Czarzastego na funkcję przewodniczącego SLD rysował nową perspektywę dla partii, która po wyborczej klęsce, znalazła się na dziejowym zakręcie. To był wybór również istotny dla całej lewicy, której Sojusz pozostaje przewodnią siłą. Zakończył się jednocześnie proces erupcji i dekompozycji w partii, którą wielu skazało już na straty. Na Kongresie SLD, szef mazowieckich struktur SLD pokonał byłego wicemarszałka Sejmu, Jerzego Wenderlicha. Wynik więc nie był do końca przesądzony, bowiem obaj kandydaci dysponowali sporym poparciem wśród delegatów. Jerzy Wenderlich to bowiem postać, która mogła się pochwalić najlepszym wynikiem wyborczym wśród wszystkich kandydatów Zjednoczonej Lewicy w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych. Pokonał on, w wyjątkowo trudnym dla lewicy regionie toruńskim, wszystkich kandydatów z PiS, PO i Nowoczesnej. Obecnie został wiceprzewodniczącym partii, co świadczy o zaufaniu do jego osoby.

Istotne było również to, iż przewodniczącego partii wskazali sami członkowie Sojuszu. Siłą każdej partii politycznej są przede wszystkim struktury i aktywni członkowie. Sojusz ma tę cechę, co pozwoliło mu przetrwać w najtrudniejszych chwilach. Nie jest bowiem sztuką być w partii, która rządzi bądź współrządzi i jest reprezentowana w Sejmie. Sztuka jest w niej być, kiedy nie idzie. Zostają bowiem zawsze najcenniejsi. Warto bowiem zauważyć na pewną analogię, która wówczas wystąpiła. W szeregach SLD ostało się ponad 20 tysięcy członków, którzy wiążą z partią nadzieję, którzy chcą w niej działać i chcą być potrzebni. Na nowego przewodniczącego zgłosiło się dziesięć osób. To świadczy o tym, że funkcja szefa SLD, mimo, że partii nie ma w Sejmie, nadal jest atrakcyjna. Jest jeden wódz PiS, był jeden wódz w PO i mamy 10 kandydatów na szefa SLD. To o czymś świadczy. W wyborach na przewodniczącego frekwencja wyniosła 64,5% aktywu SLD, kilka miesięcy po tym, jak SLD wypadł z Sejmu. To nie jest masa upadłościowa, jak chcieliby niektórzy. Liczba członków SLD przekracza 24 tysiące osób. Ten wynik ma jeszcze jeden ważny element. W podobnym czasie na funkcję przewodniczącego w wyborach powszechnym, zdecydował się PO, która przez osiem lat sprawowała władzę. Tylko 50 % członkiń i członków PO zdecydowało się wziąć udział w wyborach, czyli zaledwie osiem tysięcy osób spośród 17 tysięcy. Grzegorz Schetyna nie miał ponadto kontrkandydata. To wynik zdecydowanie na korzyść SLD, który świadczy o przywiązaniu do barw i sztandaru, jednym słowem, spuścizny partii.

Włodzimierz Czarzasty został liderem Sojuszu w najtrudniejszym dla partii momencie. Musiał w pierwszej kolejności zatrzymać rozpad partii, bowiem wielu rozgoryczonych działaczy, nie widząc dla siebie szans na profity polityczne, postanowiło Sojusz opuścić. Nie był to jednak odpływ masowy, choć wielu o tym marzyło. Wyborcy SLD to jedyny, choć kurczący się, elektorat lewicy w Polsce. SLD dziś to swoisty pociąg, jeszcze stoi na peronie, choć wycofał się do zagajnika. Pasażerów ma sporo, bo ponad milion tych, którzy zdecydowali się zagłosować na lewicę w październiku. To nie może być osierocony elektorat. Jeśli ci wyborcy zostaną pozostawieni sami sobie, to nikt po SLD płakać nie będzie. Nie warto. Do dziś członkowie SLD nie mogą zrozumieć, jak kierownictwo partii mogło zafundować im kandydaturę Magdaleny Ogórek, wymytej z lewicowych postaw, gwiazdę prawicowych mediów. Włodzimierz Czarzasty zapowiedział, że następnego kandydata na urząd Prezydenta RP wskażą sami członkowie w prawyborach. To dobra decyzja. Członkowie SLD muszą być siłą sprawczą działań własnej partii.

Nowy lider SLD okazał się dobrym organizatorem. Odwiedził wszystkie struktury Sojuszu w partii, namawiając i nakłaniając swoich członków, aby nie składali broni. Sojusz jest w opozycji pozaparlamentarnej, musi więc być bardziej wyrazista i skonsolidowana. Musi być partią alternatywną zarówno wobec PiS, który skupił wokół siebie elektorat socjalny, jak i liberalnej opozycji, zarówno PO jak i Nowoczesnej. Pierwsza partia chce budować sprawiedliwość społeczną na dewastacji państwa prawa, na ciągłej kłótni i zemście, która jest cechą charakterystyczną dla prezesa PiS. SLD musi pokazać, że nie ma sprawiedliwości społecznej bez wolności i na odwrót. Socjaldemokratyczna polityka społeczna to coś więcej niż program 500 plus, niestety nie widać takich przykładów w wykonaniu liderów SLD. Program 500 plus to największy po 1989 roku transfer socjalny w Polsce, który wymusi na rządzących dalsze takie posunięcia. Ludzie będą chcieli od państwa więcej. Społeczeństwo uwierzy, że pieniądze są i się da. I tu lewica powinna zaistnieć i przedstawić kompleksowy program. Samo negowanie PiS niczego nie zmieni. Należy budować własną narrację.

Jest coś, na co SLD powinien postawić, to polityka historyczna. To dla elektoratu tej partii bardzo ważny czynnik. Sojusz jest dziś jedyną partią, która broni honoru ludzi, którzy odbudowali kraj po zgliszczach II Wojny Światowej. Robi to jednak bojaźliwie i mało przekonująco. Ustawa dekomunizacyjna, którą rząd dobrej zmiany zafundował, napiętnuje wszystkich, którzy przed 1989 rokiem starali się dobrze służyć i pracować. To był czas, który SLD powinien wykorzystać z całą mocą. Polskie społeczeństwo nie jest tak antykomunistyczne, jakby chciało kierownictwo PiS. Każdy wie, że polskie państwo po wojnie mogło być tylko takie, jakie było. I była to decyzja wielkich mocarstw, nie samego ZSRR. Włodzimierz Czarzasty, znany z ciętego języka, powinien o tym mówić prosto, dobitnie i wyraziście, dla prawicy i tak będzie komuchem.

W ostatnich sondażach SLD cieszy się stabilnym poparciem społecznym, który pozwala marzyć o powrocie do Sejmu. W 1993 roku Sejm był bez prawicy. Tęsknota za komuną przyszła równie szybko, jak obrzydzenie solidarnościowymi elitami, które za sprawą reform Leszka Balcerowicza pozbawiły pracy trzy miliony obywateli. Prawica jednak tego okresu nie przespała. Przegrupowała się i zyskała na sile. Warto odrobić tę lekcję. SLD czeka jednak długi marsz.

Tomek
2017-01-17 09:19:10
Wiadomość o śmierci Tomasza Kality był dla mnie ciosem. Nie był oczywiście ze mną spokrewniony, nie byliśmy nawet przyjaciółmi. Byliśmy po prostu znajomymi, a takich znajomości człowiek zawiera setki w swoim życiu. Ale to nie więzy krwi sprawiają, że jesteśmy sobie bliscy, tylko takie wartości jak przyjaźń, szczerość, otwartość, ideowość, wiara we wspólne cele.

Tomek zawsze jawił się w mojej pamięci jako człowiek niesłychanie zabiegany i zapracowany. Nieodłącznym jego atrybutem był telefon, bez którego zapewne się nie rozstawał. Nie był typem polityka, który dąży po trupach do celu, to nie ta osobowość, to nie ten charakter. Wierzył, że polityka może być inna, bardziej ludzka, bez ciągłego wyścigu szczurów. Być może te jego cechy niektórzy nazwą naiwnością, ale nie można oszukiwać samego siebie. Przez to był zapewne niezrozumiany przez wielu, także we własnym środowisku.

Był człowiekiem niesłychanie ideowym i ciekawym świata. Ktoś kiedyś powiedział mi, żeby unikać ludzi, którzy wszystko wiedzą, którzy znają odpowiedź na każde pytanie. Tomasz Kalita przeczył takiemu obrazowi. Lubił słuchać innych i czerpać z ich wiedzy i doświadczenia. Człowiek uczy się całe życie. Nie był osobą konfliktową, raczej koncyliacyjną, łączącą, pełną empatii i zrozumienia. Pokazywał to wiele razy na forum publicznym, ale i prywatnie

Jest tylko jedna rzecz, która może pokonać śmierć, to ludzka pamięć. Tomek pozostanie w mojej pamięci jako rzecznik SLD, partii, która była wówczas w trudnym momencie, to z pewnością odbiło się na jego zdrowiu, pochłaniało bowiem masę czasu, nerw i poświęcenia. Myślę, że nie jeden jego następca na tej funkcji, mógłby się od niego uczyć. Pełniąc tę funkcję, nie miał przecież wcześniej takiego doświadczenia, sprawdził się jednak w tej funkcji. Myśląc o nim myślę również o jego politycznej spuściźnie, a to przede wszystkim Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. To było jego oczko w głowie. Mówił mi kiedyś, że pasjonuje go historia, zwłaszcza historia II RP, gdzie historia PPS złotymi zapisała się zgłoskami. Zdradził mi również, że pisał pracę magisterską o zamachu majowym, był więc człowiekiem przygotowanym, zarówno praktycznie jak i ideowo, starał się do działalności SLD dokooptować najpiękniejsze wartości i spuściznę PPS. O Ignacym Daszyńskim rozmawialiśmy, kiedy robiłem z Tomkiem wywiad dla Przeglądu Socjalistycznego. Imponował mi wiedzą, erudycją i zwykła ludzką życzliwością, nigdy nie powiedział: nie mam czasu, choć to tak częste u polityków.

Ostatni jego etap życia to choroba. To ostatnia walka jaką stoczył. Mimo nierównej szansy, nie poddał się i walczył, nie tylko o swoje zdrowie, ale również o zdrowie innych. Tym bowiem była jego praca na rzecz zalegalizowania medycznej marihuany. Tzw. ustawa Kality trafiła nawet do Sejmu. Jest wiec szansa, że następni ludzie, będą mieli szansę skorzystać z tej metody leczenia. Głęboko wierze, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Do zobaczenia, Tomku!
Odpieprzcie się od generała!
2016-12-16 11:18:50
Pomysł zdegradowania gen. Wojciecha Jaruzelskiego to akt politycznej zemsty małych i zawistnych ludzi, którzy nie dorastali generałowi do pięt.

Ewentualna degradacja to naplucie w twarz wszystkich żołnierzom i oficerom Wojska Polskiego, którzy pełnili swoją służbę w latach Polski Ludowej. Co więcej, to oznaczałoby również, że zdrajcami byliby wszyscy żołnierze Ludowego Wojska Polskiego, nasi dziadkowie, ojcowie, bracia. Antykomunistyczna histeria nie zna granic. Szef MON, znany ze swojego bohaterstwa, Antoni Macierewicz, powiedział, że „zdrajcy powinni być pozbawieni stopni generalskich”. Pytanie, kogo zdradził gen. Wojciech Jaruzelski? Czy zdradził swoich towarzyszy broni? Czy złamał przysięgę wojskową? Służył takiej Polsce, jaka była, realnej a nie wyimaginowanej. Gen. Wojciech Jaruzelski należał do tego pokolenia Polaków, któremu przyszło żyć w pojałtańskiej rzeczywistości. Był realistą i wiedział, że Polska po II Wojnie Światowej będzie tylko taka, na jaką zgodzili się alianci. Można było tę Polskę odbudowywać bądź z nią walczyć. On wybrał tę trudniejszą misję. Bowiem zawsze trudniej jest budować, niż niszczyć. Po najstraszliwszej w dziejach wojnie, kraj był w gruzach, śmierć poniosło blisko sześć milionów obywateli. I o tę historię toczy się dziś na naszych oczach najbardziej namiętny spór, który rozpala wyobraźnię i pozwala na bardzo krzywdzące opinie. Im bowiem dalej od tych czasów, tym bardziej rewolucyjne będą tezy.

Jeśli chodzi o zdradę, to nasuwa się inna postać, chodzi o dzisiejszego gen. Ryszarda Kuklińskiego, byłego bliskiego współpracownika gen. Jaruzelskiego. Jakże inne są dziś oceny tych dwóch postaci. To gen. Ryszard Kukliński złamał przysięgę wojskową, w której przysięgał bronić PRL w braterskim sojuszu z Armią Radziecką. Zapomina mu się jego przeszłość. Swoją wojskową karierę zaczynał przecież tuż po wojnie. Historycy są zgodni, że Ryszard Kukliński mniej więcej od 1962 roku współpracował z kontrwywiadem wojskowym, jako oficer sztabowy przygotowywał plany inwazji Wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 roku. W latach 60-tych pracował już w Sztabie Generalnym. Cała swoją karierę wojskową spędził w Ludowym Wojsku Polskim, zdobywając stopnie wojskowe, awanse, odznaczenia i sowitą gażę. W listopadzie 1981 roku postanawia opuścił kraj, łamiąc jawnie przysięgę wojskową i narażając państwo na ogromne straty wojenne. Czy przekazując USA tajne dokumenty wojskowe i będąc oficerem Wojska Polskiego, państwa bądź co bądź wrogiego obozu, służył swoim narodowym interesom? To amerykańskie bomby spadałyby na Warszawę w czasie ewentualnego konfliktu zbrojnego z ZSRR. Wątpię, aby mieszkańcy Warszawy czy innych polskich miast, uznali je za oswabadzanie spod jarzma komunizmu. Jeśli Ryszard Kukliński kreowany jest na bohatera, to w porządku, ale amerykańskiego, bowiem interesom tego państwa zasłużył się najbardziej, narażając własne państwo. Amerykańskich szpiegów w Wojsku Polskim było więcej, jednak to Ryszard Kukliński kreowany jest na bohatera, dlaczego? To jedna z tajemnic CIA. Czy wobec tego ucieczka z kraju owianego złą sławą pułkownika Józefa Światły, również zasługuje na patriotyczne uniesienie? Ten stalinowski oficer również otrzymał opiekę amerykańskich służb, również przyczynił się do upadku systemu, zwłaszcza w jego stalinowskim wymiarze. Może zasługuje zatem na pomnik, albo wręcz awans?

Generał Wojciech Jaruzelski był przede wszystkim wojskowym a jego dokonania na wojennym szlaku, powinny budzić podziw. Zaczynał jako żołnierz gen. Berlinga, wojska, które tworzone było w ZSRR. Była to jedyna szansa dla tych ludzi, wydostania się z nieludzkiej ziemi. Wczorajsi zesłańcy na Sybir, takim był również gen. Wojciech Jaruzelski, mieli okazać się w przyszłości wyzwolicielami narodu spod jarzma niemieckiego okupanta. Generał przeszedł wraz z cała 1. Armią Wojska Polskiego szlak bojowy. Z bronią w ręku stanął w roku 1944, kiedy to brał udział przy forsowaniu Wisły. Następnie uczestniczył w pomocy powstańczej Warszawie, zostając nawet rannym. Gen. Jaruzelski brał udział w defiladzie w zgruzowanej Warszawie w styczniu 1945 roku. To musiało być bardzo symboliczne, sam przecież był warszawiakiem, tu się wychował, to kształcił, widział upadek tego miasta i państwa. Walczył następnie o przełamanie Wału Pomorskiego. Był kilkakrotnie wymieniany w rozkazach dowódcy dywizji jako zasłużony w walkach. Za likwidację granatami stanowiska niemieckiego ckm podczas akcji wywiadowczej w okolicach Borujska, został ponownie odznaczony Srebrnym Medalem Zasłużonym na Polu Chwały. Po raz trzeci został odznaczony tym medalem za marcowe walki pod Dziwnówkiem nad Morzem Bałtyckim. 15 marca bierze udział w uroczystości zaślubin z morzem mających symbolizować przyłączenie tych terenów do państwa polskiego. W maju 1945 roku jest już w Niemczech, gdzie jest jednym z tych tysięcy polskich żołnierzy, którzy przyczyniają się do klęski III Rzeszy. Moment, kiedy powiewa biało-czerwona flaga nad Reichstagiem, jest symbolem polskiego zwycięstwa w tej wojnie. Następnie, przecząc niejako polskiej historii, decyduje się na Okrągły Stół, czyli pokojowe przekazanie władzy. To rzadkie w naszej historii.

IPN lansuje pogląd, iż gen. Wojciech Jaruzelski „kazał wysyłać Polaków przeciwko Polakom”. A co z zamachem majowym i ich głównym wykonawcą, Marszałkiem Józefem Piłsudskim? W ciągu tylko trzech dni zamachu majowego zginęło ok. 400 osób, pamięć o tych ludziach jest żadna, nie mają żadnego pomnika czy tablicy pamiątkowej a II RP przedstawiana jest jako państwo idealne. Sam Piłsudski nigdy za zamach nie przeprosił, uważając ten temat za zamknięty. Po stanie wojennym nastąpił okrągły stół, a wcześniej Polska była już krajem bez więźniów politycznych, po zamachu majowym rządy Sanacji dopiero się „rozkręcały”, ich następstwem była min. Bereza Kartuska – ośrodek dla politycznych więźniów i przeciwników reżimu Piłsudskiego. Według Komisji Jana Rokity, w wyniku Stanu wojennego, śmierć poniosło 14 osób. To dużo, choć trzeba pamiętać, że trwał on aż półtora roku, a zamach majowy tylko 3 dni. Marszałek Józef Piłsudski jest dziś mężem stanu, nie odpowiada za śmierć około 400 osób. Gen. Wojciech Jaruzelski to zdrajca. Historię zawsze piszą zwycięscy.

Gdzie jest dziś SLD, gdzie są ludzie, którzy powinni bronić honoru generała i całej jego epoki? Obowiązkiem Sojuszu jest dziś stanąć w obronie gen. Wojciecha Jaruzelskiego, ale nie tylko werbalnie, brylując na konferencji prasowej. To nie działa! SLD powinien wyjść na ulice i głośno wykrzyczeć swoje oburzenie. Niemal 60% ankietowanych uważa, że odebranie stopnia generalskiego Wojciechowi Jaruzelskiemu to absurd. SLD miał okazję zbudować własną tożsamość i narzucić własną narrację, ale zachował się w myśl przesłania red. Ewy Milewicz- „SLD wolno mniej”. Nikt za takim SLD płakać nie będzie.

Ostatni rewolucjonista
2016-11-27 13:43:15
Śmierć Fidela Castro kończy pewną epokę. Symbolizował on wszystko to, co w ruchu rewolucyjnym piękne i wzniosłe- ideały równości i sprawiedliwości.

Przyszło mu żyć i walczyć w zatrważających warunkach i iście partyzanckich okolicznościach. Ten wykształcony adwokat i syn plantatora cukrowego dorastał i wiedzę zdobywał w szkołach jezuickich. Widząc nędzę i wyzysk, postanowił, niczym XIX-wieczny romantyk, chwycić za broń i spróbować porwać tłumy a potrafił to robić jak nikt inny. Miał wizję swojej Kuby, niepodległej i niezależnej. Chciał wyrwać ją spod panowania amerykańskiego kapitału, który zrobił sobie z Kuby, ale również innych państw Ameryki Środkowej i Południowej, folwark. Amerykański stosunek do Latynosów był niemalże pańszczyźniany. Stąd ich szczera nienawiść i wielokrotna próba zabicia ojca kubańskiej rewolucji. Na szczęście bez skuteczna.

Nie godził się na dyktaturę Fulgencio Batisty, który oprócz autorytarnej władzy przyniósł Kubańczykom dalsze zniewolenie ekonomiczne, pogłębił ich zapaść. Głód i duża śmiertelność wśród dzieci, nie są wymysłem socjalistycznej propagandy. To fakty, który sprawiają ból dupy imperialistycznym sługusom, dla których wyzysk i bieda są naturalnym porządkiem świata. Kubańska rewolucja nie przyszła ze wschodu, lecz z samego serca kubańskiego narodu. Nie na sowieckich bagnetach, tylko na kubańskiej pięści i sprzeciwie.

Największą zdobyczą rewolucji okazała się służba zdrowia, która może być dziś przykładem i wzorem. Obecnie jest ona jednym z najlepszych na świecie, o czym mówią wszystkie statystyki. Przed rewolucją w ogóle nie było systemu ubezpieczeń zdrowotnych – leczenie było płatne i drogie, co w praktyce pozbawiało niższe warstwy społeczeństwa dostępu do profesjonalnych usług medycznych. Jest to jedna z przyczyn bardzo wysokiego poziomu umieralności niemowląt w połowie lat pięćdziesiątych – sto na tysiąc mieszkańców. Pośród wszystkich krajów Ameryki Łacińskiej to właśnie Kuba ma najniższy poziom umieralności niemowląt – siedmioro na tysiąc mieszkańców (dla porównania w Rosji ten wskaźnik wynosi osiemnaścioro na tysiąc). Więcej, uboga z punktu widzenia standardów europejskich Kuba corocznie przyjmuje i z powodzeniem leczy tysiące maleńkich pacjentów z całego świata, przy czym w większości przypadków leczenie odbywa się całkowicie bezpłatnie. Kubańscy lekarze są światowymi liderami w wielu dziedzinach medycyny, np. ortopedii, leczenia zapalenia opon mózgowych, zapalenia wątroby typu B, raka piersi, choroby Parkinsona i szeregu innych ciężkich schorzeń. I to wszystko mimo amerykańskiego embarga, która nie tylko odciąć miało Kubę od cywilizacji, ale przede wszystkim ją upodlić. Nie udało się to kolejnym amerykańskim prezydentom i szefom CIA.

Ryszard Kapuściński tak opisywał postawę rewolucjonistów, takich jak Fidel Castro- „Ta zasada moralnej uczciwości jest cechą lewicy latynoamerykańskiej. Jest częstą przyczyną jej porażek w polityce, w walce. Ale trzeba zrozumieć sytuację. Młody człowiek w Ameryce Łacińskiej dojrzewa otoczony światem skorumpowanym. To świat polityki robionej za pieniądze i dla pieniędzy, świat rozpasanej demagogii, świat morderstw i terroru policyjnego, świat rozrzutnej i bezwzględnej plutokracji, zachłannej na wszystko burżuazji, cynicznych wyzyskiwaczy... Młody rewolucjonista chce ten świat odrzucić, chce go zniszczyć, a nim będzie do tego zdolny – chce mu przeciwstawić świat inny, czysty i uczciwy, chce mu przeciwstawić siebie. W buncie lewicy latynoamerykańskiej występuje zawsze ten czynnik moralnego oczyszczenia, poczucie moralnej wyższości, dbałość o utrzymanie moralnej przewagi nad przeciwnikiem. Przegram, zginę, ale nikt nie będzie mógł powiedzieć, że naruszyłem reguły walki, że zdradziłem, że zawiodłem, że mam brudne ręce".

Kubańska rewolucja przetrwała w XXI wieku, nawet po upadku ZSRR. Fidel Castro pozostanie w pamięci milionów jako ten, który stał się symbolem poświęcenia w dobrej sprawie. Żegnaj, El Comandante!



Wygrał Putin
2016-11-09 19:51:40
Wygrana Donalda Trumpa zatrzęsła politycznym establishmentem USA. Wygrał kandydat nie mający żadnego doświadczenia politycznego. W komentarzach panuje strach i obawa przed tą prezydenturą. Strach zwykle ma duże oczy.

W przeważającym tonie komentarzy przeważa opinia, że wygrana Donalda Trumpa to sukces polityki Władimira Putina. To sformułowanie pada w niemal każdej stacji telewizyjnej, na wszystkich stronach internetowych. Odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Dotyczy to wszystkich dziennikarzy, zarówno liberalnego centrum, prawicowych jak i lewicowych. Jest to wyraz lęku i niedojrzałości politycznej, niekiedy występującej w parze ze zwierzęcą rusofobią. To bardzo niebezpieczne połączenie. Powoduje ono brak trzeźwej oceny sytuacji międzynarodowej. Niestety, jest to połączenie dość powszechne i globalne.

Nie podzielam tej opinii. Owszem, po Donaldzie Trumpie można spodziewać się wszystkiego, ale dlaczego od razu wszystkiego najgorszego? Czy poprzedni republikański prezydent był taki doskonały? Wplątał USA w niezakończone wojny, okrył hańbą, kiedy wyszło na jaw jawne łamanie praw człowieka, których Amerykanie rzekomo importują w świecie. Amerykańska polityka charakteryzuje się przewidywalnością a Prezydent USA jest w amerykańskiej polityce skazany na Kongres, nie jest dyktatorem, mimo takich zapędów nowego prezydenta. Zderzy się on z szarą rzeczywistością, gdzie rządzą służby i potężne finansowe lobby. USA nadal będą chciały zachować status globalnego mocarstwa, gdyż bez tego, nie byłoby sukcesu amerykańskiej gospodarki. Dialog z Rosją jest wskazany dla wszystkich, a dla Polski szczególnie. Pisząc te słowa zostanę uznany za frustrata. Ale nie to jest najgorsze, lecz fakt, iż duża część opinii publicznej jest głęboko przekonana, że Rosja potrzebna jest światu na kolanach. To przekonanie nader nierealistyczne a przez to szkodliwe.

Należy rozróżnić nastawienie antyrosyjskie i rusofobiczne. To pierwsze jest niekiedy trafne i potrzebne, bowiem różne bywają interesy. Gorzej jeśli mamy do czynienia z uprzedzeniami i lękami, czyli rusofobią, która dominuje w tej chwili w polskiej polityce zagranicznej, ze szkodą dla państwa i jego obywateli. Odnoszę wrażenie, iż straszenie Putinem potrzebne jest elitom do zachowania statusu quo. W USA to już nie działa, w Polsce ma się dobrze. I w ten oto sposób Polska znów zostanie sama, kiedy cały świat, po raz kolejny, będzie z Rosją robił interesy, mimo zaklinania rzeczywistości.

W amerykańskiej polityce zagranicznej nie zmieni się bowiem nic. Inaczej mogę rozłożyć się tylko akcenty, ale poważnych zmian nie będzie. To dobry czas do tego, ale to lewica była prawdziwą antysystemową zmianą. Pokazał to Bernie Sanders, który zgromadził wokół siebie masę ludzi, którzy uwierzyli w jego wizję bardziej sprawiedliwych USA i bardziej rozłożonych sił na świecie, bez jednego tylko policjanta, który stoi na straży ładu międzynarodowego. W grupie do 30 roku życia, Bernie Sanders miał największe poparcie i to było widać podczas jego konwencji i spotkań. To wielki kapitał polityczny, którzy może zaowocować w przyszłości. Zgromadził niemal 12 milionów głosów. Jak na socjalistę w USA, to wręcz rewolucja.

Sławomir Sierakowski powiedział- „Do władzy doszedł absolutny wariat. Ta wygrana to zaproszenie Rosji do naszego regionu”. A ja myślałem, że ona jest tu od zarania.


Piewcy niepodległości
2016-11-07 08:41:32
Odzyskanie przez Polskę niepodległości było w dużej mierze zasługą socjalistów. Czerwone flagi nie były wówczas synonimem bolszewizmu. W odróżnieniu od prawicy, kolaborującej z zaborcami i zerkającej na obce mocarstwa, to socjaliści 7 listopada 1918 r., nie oglądając się na nikogo, stworzyli pierwszy polski rząd gwarantujący prawo do strajku, 8 godzinnego dnia pracy i równości płci.

W narodowe święto niepodległości nie usłyszymy o zdobyczach socjalnych pierwszego niepodległego rządu polskiego, na czele którego stanął Ignacy Daszyński z PPS. Socjaliści, bili się nie tylko o niepodległość, ale również o kształt państwa. Ich główny postulat to przekształcenie państwa w demokratyczną Republikę Ludową. W myśl manifestu wszyscy obywatele mieli otrzymać równouprawnienie pod względem politycznym i obywatelskim, co miało wyrażać się wolnością sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, i strajków. W ramach dążeń do poprawy warunków socjalnych zapowiedziano ośmiogodzinny dzień pracy w przemyśle, handlu i rzemiośle. To była rewolucja!

Jako jeden z pierwszych rządów na świecie Tymczasowy Rząd Ludowy potwierdza i gwarantuje prawa wyborcze kobiet, wyprzedzając tym samym większość państw europejskich, a także USA. Manifest ustala 8-godzinny dzień pracy w przemyśle, rzemiośle i handlu. Rząd deklaruje natychmiastowe przystąpienie do reorganizacji organów samorządu terytorialnego i utworzenie milicji ludowej. Zobowiązuje się wnieść do Sejmu Ustawodawczego projekty reform dotyczących: przeprowadzenia reformy rolnej; upaństwowienia niektórych działów przemysłu i komunikacji; udziału robotników w administrowaniu prywatnymi przedsiębiorstwami; wprowadzenia prawa o ubezpieczeniach i ochronie pracy; powszechnego, świeckiego i bezpłatnego nauczania w szkołach.

Odezwa „Do ludu Polskiego” nie pozostawiała wątpliwości, jaki charakter mieć będzie przyszła Polska- „Nad skrwawioną i umęczoną ludzkością wschodzi zorza pokoju i wolności. W gruzy walą się rządy kapitalistów, fabrykantów i obszarników, rządy militarnego ucisku i społecznego wyzysku mas pracujących. Wszędzie lud pracujący dochodzi do władzy. I nie zaświta lepsza dola nad narodem polskim, jeżeli rdzeń i olbrzymia jego większość, lud pracujący, nie ujmie w swoje ręce budowy podwalin naszego życia społecznego i państwowego.”

Zdezorientowana prawica, która skompromitowała się współpracując z zaborcami, m.in. podczas rewolucji 1905 roku, przystępuje do działania. Nie zgadza się na rewolucyjne zmiany, jakie postulowani socjaliści. Narodowa demokracja przeciwna była m.in. prawem do głosu dla kobiet oraz dalszą klerykalizacją kraju. Ignacego Daszyńskiego zastępuje inny socjalista, Jędrzej Moraczewski, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego. To wówczas powstają dwa poważne dokumenty- Dekret o ośmiogodzinnym dniu roboczym" oraz „Warunki służbowe minimalne dla niższej służby folwarcznej (parobków)", które zostają zatwierdzone przez Piłsudskiego. Dla robotników i chłopów, ważna była wszak nie tylko odzyskana niepodległość, ale przede wszystkim warunki, jakie stworzy niepodległe państwo. Czy miała to być w dalszym ciągu pańszczyzna, 16-godzinnny czas pracy bez możliwości strajku, czy demokratyczne i egalitarne państwo?

Mało kto dziś pamięta, że PPS, wraz z innymi lewicowymi środowiskami, obchodziły święto niepodległości właśnie 7 listopada, w rocznicę powstania rządu lubelskiego. Od kilku lat tzw. Marsze Niepodległości, nie mają nic wspólnego z patriotyzmem. Nacjonalistyczne środowiska zawłaszczyły, jak to ma w swojej tradycji prawica, tradycję święta niepodległości. Nacjonaliści zawsze stawiali na naród, lewica powinna stawiać na obywateli, nie wykluczając nikogo. Dlatego warto powrócić do tej idei i przypomnieć o co walczyła lewica przez stulecia, bowiem program pozostaje niezmienny. To m.in. walka o 8-godzinny czas pracy, który dziś jest fikcją. To jest nasz patriotyzm! Walka o godną przyszłość dla ludzi pracy.


Aborcja SLD
2016-09-27 09:55:08
Polskie społeczeństwo jest umiarkowanie konserwatywne. Lewicę pogrążają spory kulturowe, które szkodzą i nie przynoszą korzyści. Widać to na przykładzie SLD, który zajmuje się tematami zastępczymi, odległymi od tradycyjnego lewicowego elektoratu.

Kiedy Włodzimierz Czarzasty obejmował schedę po Leszku Millerze, wydawało się, że jest to jedyna postać, która może SLD postawić na nogi. Patriota SLD, a to w tym środowisku bardzo ważne, były przewodniczący KRRiT, doświadczony biznesmen. Miał świetny wynik w swoim okręgu wyborczym, mając trzykrotnie lepszy rezultat, niż cztery lata temu zebrał tam Sojusz. I najważniejsze, to sami działacze i działaczki partii wybrali go na to stanowisko. Nowy lider SLD zachowywał wstrzemięźliwość wobec KOD-u a niekiedy nawet wręcz krytyczne-
„ To środowisko trochę syte. Ja tam strasznej biedy i wykluczonych nie widzę. SLD do tego ręki nie przyłoży”- mówił. Następnie z tym samym KOD-em wszedł w koalicję pod nazwą „Wolność, Równość, Demokracja”. Tym samym wpisał SLD w ulubione dla liberalnego centrum tematy, wokół których organizuje swój elektorat, daleki od postkomunistycznej lewicy.

Partia taka jak SLD, z ogromnym dorobkiem i niebanalną historią, nie może sobie pozwolić, aby zniknąć ze sceny politycznej. Tak, przegrane wybory rysują nową perspektywę, ale bycie poza Sejmem nie oznacza, że przez cztery lata nie można budować partii, tym bardziej, że w skali kraju Sojusz ma swoich radnych, na różnych szczeblach samorządu, ma swoich burmistrzów, starostów. Pod tym względem jest drugi po Platformie Obywatelskiej. Ma kilku posłów do PE. To baza na której można coś budować, pod warunkiem jednak, że dobrze zaplanuje się cztery lata w pozaparlamentarnej opozycji. Projekt pod nazwą Zjednoczona Lewica się nie sprawdził i należy nazwać to po imieniu. Na klęskę SLD duży wpływ miało fatalne w skutkach, wskazanie wiadomej kandydatki na urząd prezydenta, a potem innej kandydatki na urząd premiera. Tego elektorat SLD nie kupił. Pytanie tylko, czy liderzy Sojuszu potrafią z tego wyciągnąć wnioski.

Włodzimierz Czarzasty znalazł się najtrudniejszej sytuacji w całej historii SLD. Obejmując fotel przewodniczącego, musiał rozstrzygnąć czy lewica w Polsce operować będzie wokół, jak chce tego liberalny mainstream, wokół spraw światopoglądowych, czy będzie śmiało zgłaszać socjalne postulaty, których rząd PiS spełnić nie będzie potrafił. Socjaldemokratyczna polityka społeczna to przede wszystkim obrona resztek tego, co państwowe. Mamy dziś bowiem do czynienia z demontażem resztek państwa opiekuńczego, które odziedziczyliśmy po PRL-u. Od szefa lewicowej formacji elektorat wymaga w pierwszym rzędzie zajmowaniem się kwestią bezrobocia, edukacji, służby zdrowia, transportu publicznego, poprawy losu polskiego pracownika. Tymczasem SLD wikła się w spory dotyczące aborcji czy in vitro, tematów ważnych, ale z punktu widzenia elektoratu, to mało istotne. W bipolarnej debacie publicznej SLD powinien stawiać czoła zarówno liberalnej opozycji w postaci PO i Nowoczesnej, jak i konserwatywnemu rządowi. Program 500 plus to największy po 1989 roku transfer socjalny w Polsce, który wymusi na rządzących dalsze takie posunięcia. Ludzie będą chcieli od państwa więcej. Społeczeństwo uwierzy, że pieniądze są i się da. I tu lewica powinna zaistnieć. Dodatkowo PiS to daleko posunięta polityka historyczna, która stałą się narzędziem władzy. Nie jest bowiem przypadkiem, że młode pokolenie, gloryfikujące tzw. „żołnierzy wyklętych” i krzyczące „precz z komuną” ma dziś poglądy niemal wyłącznie prawicowe. Dojście PiS w 2005 roku do władzy na nowo wskrzesiło historię jako oręż do bieżącej polityki. Słabością lewicy było to, że nie potrafiła, bądź też nie chciała, przeciwstawić się temu zjawisko. Lewica nie ma powodów, aby wstydzić się swoich korzeni, swoich tradycji i wartości. Chodzi zarówno o spuściznę PPS, jej walki o niepodległości i prawa robotników oraz czasy Polski Ludowej, tak zohydzanej dziś przez wielu. To nie była czarna dziura w historii, to były lata, kiedy miliony ludzi wydostało się z biedy, nauczyło się czytać i pisać, mogło pójść na studia. Młodzi na samą myśl słowa lewica mają skojarzenia tylko i wyłącznie z wredną komuną. I choć to osoby starsze jeszcze chcą głosować na SLD, to nie można młodych oddać w ręce prawicy. Edukacja to klucz do zwycięstwa. Trzeba nastawić się na tytaniczną prace u podstaw. Sojusz ma jeszcze pieniądze, pytanie, czy ma ochotę i determinację na to, aby się zmienić.

To nie PiS chce zaostrzenia prawa aborcyjnego. To nie od tej partii wyszedł taki projekt. Gdyby Jarosław Kaczyński chciał jej zaostrzenia, zrobiłby to w tydzień. Beneficjentem sporu aborcyjnego w Polsce będą tylko dwa bieguny- liberalny i konserwatywny.


Wielki człowiek w Polsce
2016-08-23 17:59:41
Jarosław Kaczyński to najbardziej skuteczny polityk po 1989 roku. Czy to się komuś podoba czy nie, wie jak zacząć i nie zamierza skończyć. Wiadomo, kawaler, ci mają więcej siły. Po raz drugi ma swojego prezydenta i swojego premiera, od zawsze ma kota. Ma też ludzi fanatycznie sobie oddanych, co cechuje naprawdę mocnych polityków.

Determinacja i ideowość, połączona z walecznością, to cechy rasowego polityka. Żadem polski polityk po zmianie ustroju, nie wykazał tych cech. Co więcej, żaden nawet nie próbował tego zrobić, co potwierdza tylko, iż były premier, jest człowiekiem wielkiego formatu. Można się z nim nie zgadzać, można go wyśmiewać, obrzucać błotem, ale jedno trzeba mu oddać, jako jedyny potrafił skupić na sobie uwagę opinii publicznej na tyle, aby przez ćwierć wieku nie zniknąć, a po ośmiu latach upokarzających klęsk, kiedy to partii groziło rozbicie, wrócił na szczyt. To potrafi tylko on.

Prezes ma politycznego nosa. Dwukrotnie wskazywał na osobę, która jego zdaniem zasługuje na najwyższy urząd w państwie. Obaj prezydenci byli mu za to dozgonnie wdzięczni. Pierwszy meldował mu wykonanie zadania. Drugi, składał peany na jego cześć, kiedy powoływał rząd Beaty Szydło, który ma spory problem z prawem i sprawiedliwością. Ale taki właśnie jest Jarosław Kaczyński. Mistrz drugiego planu, który potrafi panować nad ludźmi.

Katastrofa w Smoleńsku wstrząsnęła nami wszystkimi. Jarosław Kaczyński postanowił wykorzystać ją do swoich partykularnych interesów. Nie dziwię mu się, taki już ma charakter. W tej katastrofie zginął jego brat bliźniak, ma więc prawo o niej mówić, wręcz krzyczeć na cały świat, obchodząc kolejne miesięcznice. Dzielenie społeczeństwa zawsze było skuteczne. Jedna część rodaków ma Cię za idiotę, ale druga, za wodza, za którym wskoczy w ogień. Wydawało się, że po porażce z Bronisławem Komorowski, nie wróci już na szczyt, tym bardziej, że z jego partii odeszło wówczas wiele bliskich mu osób. Po raz kolejny zaskoczył.

Nie jestem jego wyborcą. Co więcej, jestem osobą, która ma zupełnie inny światopogląd, inną wizję państwa i demokracji, inne spojrzenie na świat. Ale być może to ja żyję w jakimś wyimaginowanym świecie marzeń i złudzeń, z pewnością nie nadaję się do polityki. Jarosław Kaczyński jest emanacją współczesnego Polaka- to dumny patriota, oczywiście wierzący, który oczekuje od państwa pomocy i wsparcia. Polacy czują się przegrani podczas transformacji, zdegradowani przez międzynarodowy kapitał, nie czują dumy z państwa, które istnieje rzekomo jako teoretyczne. Szukają silnego przywódcy. Takiego, który nie pęka. W Polsce toczy się obecnie spór dwóch prezesów- Kaczyńskiego i Rzeplińskiego. W wojnie na wyniszczenie, ten pierwszy ma większe szanse, choć to ten drugi otrzymał medal za zasługi dla Kościoła i Papieża, więc nie jest na straconej pozycji.

Demokracja to taki ustrój, w którym możemy mieć pewność, że nie będziemy rządzeni lepiej, niż na to zasługujemy.

Mit Solidarności
2016-08-16 17:44:30
W Polsce nie brakuje mitów. Są one swoistym spoiwem, które łączyć ma elity z resztą społeczeństwa. kolejna rocznica powstania NZSS „Solidności” to kolejny mit, który ma sprawić, że poczujemy się lepsi, pewną wspólnotą. Mity jednak powinny być tam, gdzie ich miejsce. W mitologii.

Powstaniu Solidarności towarzyszyła euforia związana z poluzowaniem autorytarnego gorsetu. To swoisty fenomen, że do związku zawodowego należało 10 milionów członków. Dziś to nie do powtórzenia. Bowiem dziś przynależność do związku zawodowego to odwaga, za którą niekiedy wylatuje się z pracy, w najlepszym wypadku pracownik zgadza się na jawny wyzysk, gdyż wie, że nie ma innego wyjścia a na jego miejsce są kolejni. Co rusz chce ograniczać się ów mityczne przywileje związkowe. Co ciekawe, najchętniej robią to ci, którzy w każda rocznicę powołują się na „dziedzictwo Solidarności”.

Tak, te 10 milionów członków Solidarności to fenomen. Fenomen to tym większy, iż to głównie robotnicy wynieśli intelektualistów do władzy, ponieśli największy koszt. Bowiem po 1989 roku politycy związani z obozem solidarności rządzili, z marnym skutkiem. Ciekawe, czy tak ochoczo poparcie uzyskał by dziś program, który doprowadził trzy miliony obywateli do bezrobocia oraz wyprzedaży majątku narodowego. Dziś polskie państwo może szczycić się tanią siłą roboczą oraz byciem montownią Europy. Lech Wałęsa obiecał każdemu po 100 milionów. Starczyło tylko dla niego.

Nieżyjący już prof. Tadeusz Kowalik, ekonomista związany z Solidarnością, zauważył- „Najbardziej masowy ruch pracowniczy dokonał przewrotu, z którego wyłonił się jeden z najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie zna historia powojennej Europy”. No, ale niesprawiedliwość to cecha charakterystyczna dla naszego społeczeństwa, które ceni sobie egoizm i indywidualizm. Jakie społeczeństwo, takie dziedzictwo mitycznej „Solidarności”.

Kiedy związkowcy podpisywali porozumienia sierpniowe, byli bohaterami. Protestując dziś, są menelami, roszczeniowcami, którzy domagają się respektowania praw pracowniczych w kraju, gdzie jest to niewskazane.