Wałdajskie echa AD 2019
2019-10-11 11:50:05
Ten którego myśl nie wybiega daleko,
zobaczy udrękę z bliska.

KONFUCJUSZ

W początkach października br w Soczi - jak co roku - odbyło się spotkanie tysięcy ekspertów, komentatorów, dziennikarzy, a przede wszystkim – polityków, ekspertów i naukowców różnych branż oraz profesji z całego świata w ramach Międzynarodowego Klubu Dyskusyjnego „Wałdaj”. Think thank powstał we wrześniu 2004 z inicjatywy agencji „RIA Nowosti”, Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej Rosji, gazety „The Moscow Times” oraz periodyków „Rosja w polityce globalnej” i „Russia Profile”.
Głównymi gośćmi ostatniego forum przybyłymi do kaukasko-czarnomorskiego kurortu zasiadającymi w prezydium i dyskutujących o sytuacji w świecie byli prezydenci Azerbajdżanu (Ilham Aliyev), Kazachstanu (Kasym-Żomart Tokajew), Filipin (Rodrigo Duterte) i król Jordanii (Abd Allah ibn Husajn). Rolę gospodarza jak zawsze pełnił Prezydent Rosji Władymir Putin. Po indywidualnych wystąpieniach zasiadających w prezydium gości nastąpiła seria pytań z sali (kilka tysięcy przysłuchujących się na żywo i pytających uczestników) i odpowiedzi polityków. Poza tym jak zawsze w kuluarach ogromnego, położonego na wysokości ponad 1500 m. n.p.m. centrum konferencyjnego przebiegały debaty, wymiana zdań, poglądów, miały miejsce dyskusje itd.
Dziennikarze z byłego terytorium ZSRR po tegorocznym Wałdajskim Klubie zwracają uwagę przede wszystkim na rozmowy kuluarowe jakie prowadzili między sobą. Chodziło o rozpatrywane jasno nawet na kremlowskich pokojach czasy po Władimirze Władimiowiczu Putinie. Jego aktualnie trwająca kadencja prezydencka kończy się w 2024 roku. Jest do jej końca jeszcze sporo czasu, ale elity moskiewskie – różnych proweniencji – dyskutują, wymieniają sądy, prognozują i przewidują rozwój sytuacji w tej mierze. Sam zainteresowany dyskretnie milczy, nie zabiera głosu w tej sprawie co dodaje pikanterii temu zagadnieniu.
Ostatnio – 7.10.2019 – świętował swoje 67 urodziny wędrując po górach Ałtaju ze swym druhem i bliskim kolegą ministrem obrony Siergiejem Szojgu. Państwowe mass-media przekazały tę informację wraz z filmową relacją z owych wędrówek. Miały one wydźwięk propagandowy, potwierdzający doskonałą sprawność fizyczną i zdrowotną Prezydenta Rosji. Mimo ostatnich porażek w polityce wewnętrznej nadal cieszy się on ponad 55 % zaufaniem społecznym.
Sukcesja po erze Putina, ponad 20-letniej, zajmuje wiele umysłów w Rosji i na świecie. Bądź co bądź jest wybitnym i niekwestionowanym – cokolwiek by na ten temat sądzić – liderem globalnych salonów politycznych. W samej Rosji rozpatrywane są trzy warianty. I wszystkie dotyczą zagadnienia zakładającego w jaki sposób ewentualnie Putin mógłby zostać nadal u władzy. Nie są to być może jego własne przemyślenia czy projekty, ale świadczą o ścierających się koncepcjach na temat sukcesji czy przedłużenia władzy w otoczeniu samego prezydenta. To novum w rosyjskiej praktyce świadczące o pluralizacji i powolnej, postępującej demokratyzacji sytemu.
Pierwszą koncepcją pozostania Putina na czele państwa jest restytucja carstwa. Za takim rozwiązaniem optuje cerkiew moskiewska z patriarchą Cyrylem na czele. Od upadku ZSRR cerkiew podnosi stale rolę caratu w historii Rosji i prawosławia. Jednak taka wersja przyszłej władzy nie ma najmniejszych szans na realizację. Nastroje w samej Rosji - jak podkreślają znawcy tematu – są zorientowane mocno w lewicową stronę z charakterystyczną dla tej wspólnoty i prawosławia admiracją władzy i państwa oraz socjalnych osiągnięć z czasów ZSRR. Także tzw. liberałowie – z wielkich ośrodków które są ich matecznikiem (Moskwa, Petersburg, Jekaterynoburg itd.) – są w tej mierze sceptyczni.
Drugą koncepcją jest forma władzy jaka w Kazachstanie zmaterializowała się po formalnym ustąpieniu Nursułtana Nazarbajewa wiosną tego roku. Jest wybrany następca (dyskretnie namaszczony przez pierwszego, długoletniego prezydenta Kazachstanu) natomiast Nazarbajew pełni rolę tzw. Ojca Narodu, nie zamieszanego w bieżącą politykę i codzienne sprawy państwa. Jest uczestnikiem – nadal – wielkiej polityki światowej (w przypadku Nazarbajewa nadal uczestniczy w wielu konwentyklach polityczno-gospodarczych w Azji). Putina zresztą od jakiegoś czasu w bieżącej polityce jest jakby mniej, działa dyskretnie, jakby z oddali. Na to zwracają uwagę raczej jego oponenci i przeciwnicy.
Trzecią, uznawana za najbardziej wiarygodną i możliwą, wersją jest zjednoczenie Białorusi, Rosji, Osetii Południowej, Abchazji, Naddniestrza i …… ewentualnie Donbasu w jeden organizm państwowy. Wtedy Putin mógłby pełnić kolejną kadencję w tak skonstruowanej strukturze, stanowiącej zaczątek tzw. „ruskiego mira”. Vice-prezydentem, i naturalnym sukcesorem, byłby w takim wypadku Aleksandr Łukaszenka.
Eksperci i komentatorzy z Ukrainy zwracają uwagę, iż zamieszanie oraz rozgorzały na nowo konflikt w Donbasie, wokół tzw. formatu Steinmeiera i jego realizacji, nielegalne i z użyciem przemocy zajęcie pozycji na pd. wschodzie kraju w miejsce ustępującej armii ukraińskiej przez uzbrojone siły nacjonalistów i Prawy Sektor (czyli odrzucenie przez ultra-prawicowców wynegocjowanego pokoju) de facto zamrażają sytuację w kraju. W takiej sytuacji Ukraina będzie ich zdaniem powoli „gniła”, ludność nadal będzie masowo emigrować, a inne regiony kraju orientować się będą na powolne acz sukcesywne opuszczanie tak funkcjonującej struktury. Do 2024 roku jest sporo czasu ale taki rozwój wydarzeń sprzyjać będzie trzeciej wersji dalszej władzy Putina na Kremlu, w nowo-państwowej wersji.
Administracja prezydenta Żełeńskiego, jego rząd i parlament gdzie ma on zdecydowaną przewagę w wynik wyborów, nie mając siły sprawczej aby wymusić przestrzeganie porozumień mińskich (z różnych zresztą powodów, często koniunkturalnych) zostawi najprawdopodobniej sytuację w takiej formie jak uczynił to Poroszenko. Chodzi tu przede wszystkim niechęć do procesu, jaki w wyniku politycznej materializacji formuły Steinmeiera musiałby być uruchomiony: decentralizacja Ukrainy, jej federalizacja (lub - konfederalizacja), odejście od unitarnego i jednolitego w sensie kulturowo-społecznym charakteru państwa. Państwa ukraińskiego, które w taki właśnie sposób było przez ponad ćwierćwiecze swej niepodległości budowane poczynając od Kuczmy, a na Poroszence kończąc. „Galiczyna” (jak nazywa się zachodnią Ukrainę, ośrodek i centrum nacjonalizmu, szowinizmu, quasi-faszyzmu), narzuciła swoją wersję historii, dziejów, kultury itd. całej Ukrainie na co wiele społeczności i wspólnot, nie tylko Donbas, nie chce się zgodzić. Nie gdzie indziej jak na Zach. Ukrainy – obwody Tarnopol, Lwów i Iwano-Frankowsk – regionalne rady ogłosiły aktualnie bojkot porozumień mińskich i formuły Steimeiera (padły w słowa o kapitulacji które to hasło Parubij, Bielecki, Liaszko czy Farion powtarzają od lat) grożąc nawet secesją. Po prostu chcą oni wojny „do zwycięstwa” i na „wykrwawienie ludzi z Donbasu” a przede wszystkim – Rosji.
Wielu obiektywnych i niezależnych od władzy komentatorów znad Dniepru wskazuje, iż w wyniku panującej od lat określonej narracji i związanej z nią polityki wewnętrznej (w wielu aspektach) spora część społeczeństwa Ukrainy nie jest na taki, nowy model państwa, przygotowana. A tylko przyjęcie formuły Steinmeiera jest w stanie zapewnić terytorialne istnienie Ukrainy w aktualnym (bez Krymu) wymiarze.
Płonące rafinerie
2019-09-16 08:04:44
Wszyscy biorący udział w zamachach w Brukseli
terroryści byli wcześniej śledzeni, zatrzymywani,
osadzani w aresztach – przez europejskie agencje
bezpieczeństwa albo agencje ich sojuszników.
Z jakichś powodów wyszli na wolność, pozwolono
im zaatakować w Brukseli, a przedtem - w Paryżu.

Tony CARTALUCCI
(„New Eastern Outloock”, 12.04.2016)

Wzrasta napięcie w rejonie Zatoki Perskiej. I tak sytuacja w tym regionie jest skrajnie niebezpieczna gdyż groźba wybuchu konfliktu w który mogą być wciągnięte mocarstwa atomowe (Rosja i USA, a nie można też zapominać o Izraelu, są cały czas w tym ważkim strategicznie regionie świata niezwykle aktywne – złoża ropy naftowej i gazu ziemnego – politycznie, dyplomatycznie i przede wszystkim militarnie) jest wysoce prawdopodobne. Dwie główne siły – lokalne, regionalne mocarstwa: Arabia Saudyjska i Iran – walczą ze sobą na różne sposoby nie tylko o hegemonię na tym obszarze lecz również o przodownictwo w świecie islamu. Szyicki Iran i sunnickie królestwo Saudów kontynuują tym samym wielowiekowe starcie przebiegające wewnątrz religii muzułmańskiej.
W nocy z 13 na 14 września 2019 wybuchły pożary w dwóch rafineriach położonych we wschodniej części Arabii Saudyjskiej. Obserwatorzy informują, iż najpierw doszło w obu obiektach do serii wybuchów a potem pojawiły się płomienie. Chodzi o dwie olbrzymie rafinerie należące do mega-koncernu saudyjskiego Aramco położone we wschodniej części kraju (tę część Arabii Saudyjskiej zamieszkuje mniejszość szyicka, prześladowana przez reżim z Rijadu); Aqaiq w miejscowości Buqayq oraz w Khuraisie (160 km na wschód od Rijadu). Warto dodać, iż instalacje Aqaiq to największa rafineria na świecie przerabiająca dziennie ponad 7 mln baryłek ropy naftowej.
W przeszłości nieudanego ataku na instalacje Aqaiq próbował dokonać za pomocą samobójczych ataków oddział al.-Kaidy płw. Arabskiego. Było to w lutym 2006 roku.
Agencje informowały o ponad 10 eksplozjach jakie miały mieć miejsce w obu obiektach. Potem pojawiły się płomienie. Czarny, gęsty, smolisty dymy – jak zawsze przy spalaniu węglowodorów – zasnuł niebo w rejonach obiektów. Nie podano informacji o ofiarach, czy pożary zlokalizowano i jak przebiega operacja gaszenia pożarów.
Zadowolenie z tego wydarzenia wyrazili bojownicy Huti (oddziały szyitów jemeńskich) którzy od 4 lat walczą na południu płw. Arabskiego z popieranym przez Rijad miejscowym satrapą, prezydentem Abd-al Rab Mansur al-Hadim. Ponieważ powstańcy Huti zajęli stolicę kraju – Sanę i północne regiony kraju (gdzie zamieszkują wyznawcy lokalnej odmiany szyizmu – tzw. zajdyci) - siły popierające al-Hadiego schroniły się na południu Jemenu, w tzw. Adenie (dawny Jemen pd.). Koalicja pod przywództwem Saudów, tworzona przez Jordanię, Egipt, Senegal, Sudan, Pakistan, Emiraty Arabskie, Bahrajn (jawnego wsparcia jej udzielają Amerykanie, a po cichu Izrael), toczy od 2015 roku brutalną, owocującą katastrofą humanitarną na gigantyczną skalę, interwencję w tym jednym z najbiedniejszych krajów świata. Ofiary samych działań wojennych oceniane są na ponad 12 tys. Ofiary cywilne – ataki lotnictwa saudyjskiego, z dronów, rakiety i ostrzał z ciężkiej artylerii (Amerykanie kilkakrotnie ostrzelali terytoria kontrolowane przez Huti z okrętów zakotwiczonych na Morzu Czerwonym i wspierając tak ataki wojsk koalicji) – idą w dziesiątki tysięcy. To nie tylko zabici i ranni w wyniku wymienionych działań. To przede wszystkim efekt głodu, chorób, szerzącej się nędzy i chaosu.
Pożary o jakich tu mowa były efektem ataku dronów. To nie Huti wystrzelili jednak owe drony, które dokonały skutecznego bombardowania wspomnianych obiektów saudyjskich. Odległość obu rafinerii od terenów gdzie operują powstańcy Huti to grubo ponad 1000 km. Nie byliby oni w stanie przeprowadzić tej operacji – przelot dronów praktycznie przez cały półwysep Arabski – ze względów logistycznych i praktycznych. Nieoficjalnie wiadomo, iż drony wystartowały z terenu Iraku (czyli do miejsc ataku miały niewielką odległość).
Odpowiedzialność za wspomnianą akcję, będącą odwetem za interwencję saudyjską w Jemenie i eksterminację Huti (vel – szyitów) wzięły na siebie tzw. Siły Mobilizacji Ludowej z Iraku. Jest to sojusz wojskowo-polityczny, złożony z ponad 40 formacji o charakterze milicyjnym, walczący po stronie rządu syryjskiego w trwającej od 2011 wojnie domowej, sprzymierzony z Iranem. Podstawę tworzą oczywiście organizacje szyickie, choć w jego skład wchodzą także formacje złożone z irackich chrześcijan. Formalnie są podporządkowani rządowi w Bagdadzie, gdyż są obywatelami Iraku. Ale zachodnie agencje informacyjne twierdzą, iż Siły Mobilizacji Ludowej ściśle są powiązane z irańską militarną strukturą zwaną Siły Ghods (Niru-je Ghods). Jest to elitarna, specjalna służba wydzielona z formacji irańskich Strażników Rewolucji, którą dowodzi od końca lat 90-tych XX wieku gen. Ghasema Solejmani.
Jeśli by to się potwierdziło, konflikt w rejonie całego Bliskiego Wschodu i Zat. Perskiej wchodzi w nową, inną jakość. I to z wielu powodów, które otwarte starcie irańsko-saudyjskie czyni prawie pewnym. Saudyjczycy nie pozostaną dłużni swemu rywalowi znad zatoki. I nie ważne iż drony wystrzelono z terytorium irackiego. Może w tej mierze zastąpić ich ……. Izrael, który już w przeszłości atakował terytorium irańskie bombardując wybrane obiekty uznane za związane z miejscowych przemysłem nuklearnym.
Smaczku całej sprawie dodaje fakt, iż po obaleniu Saddama Husajna kilkanaście lat temu Amerykanie liczyli na powstanie w Iraku rządów im powolnych. Ku ich niezadowoleniu i zapewne zaskoczeniu kolejne koalicje rządzące w Bagdadzie z racji sąsiedztwa, a także większości szyickiej zamieszkującej kraj na Eufratem i Tygrysem oraz usytuowania w Iraku głównych, świętych miejsc dla szyizmu (Kerbala i Nadżaf mają dla tej denominacji muzułmańskiej nie mniejsze znaczenie niż Mekka, Medyna i Jerozolima), orientują się na Iran. Nieznajomość lokalnych, diametralnie różnych od amerykańskich wyobrażeń o polityce, kulturze, obyczajowości i tradycjach na świecie, ukazują bezpłodność i krótkowzroczność ich działań jako globalnego żandarma.
Jednak pożary w rafineriach mogą być też przyczynkiem, na który właśnie czekają Jankesi: otwartej, uzasadnionej owym atakiem dronów na saudyjskiej instalacje naftowe, interwencji w Iranie. Na początek byłby to scenariusz z Bośni, Serbii czy Syrii (akcja lotnictwa bombardującego obiekty na terytorium Iranu). Gorącym zwolennikiem militarnej interwencji USA w Iranie celem obalenia rządzących tam ajatollahów i obsadzenia w Teheranie powolnego Waszyngtonowi rządu był doradca Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa John Bolton. Jego dymisja niewiele w tej chęci Jankesów zaatakowania kolejnego kraju zmienia. Amerykanie od dawna przygotowują ten atak uważając, iż to Iran stoi na drodze ich interesów na obszarze wokół Zat. Perskiej (potem dopiero liczą się marzenia Izraela i Saudów, głównych sprzymierzeńców Waszyngtonu).
Nie oceniając wartości informacji, czy sugestii jakie płyną, jakie są zawarte w cytowanym – jako motto - fragmencie artykułu Cartalucciego nie można wykluczać w całej tej sprawie prowokacji, umożliwiającej i uzasadniającej podjęcie interwencji (od dawna zapowiadanej i oczekiwanej przez określone kręgi w USA i Izraelu) przeciwko Iranowi. Przykłady Gliwic (1939), Zat. Tonkińskiej (1964) czy Raczaku (1999) są tego dostatecznymi dowodami.
Główną przeszkodą w otwartej i szeroko zakrojonej akcji militarnej USA przeciwko Iranowi mogą być jedynie zbliżające się wybory prezydenckie za oceanem. Dla Trumpa ubiegającego się o reelekcje byłby to negatywny przekaz dla sporej części amerykańskiego elektoratu.




Rwanda - Polska: garść refleksji
2019-08-14 10:19:16
Monoteizm może tylko funkcjonować
w kontekście wojny na wyniszczenie
podobnie jak pojęcia absolutnej prawdy.

Zygmunt BAUMAN

Co łączy Polskę i maleńką Rwandę, kraj tysiąca zielonych wzgórz na równiku, w sercu Afryki ? Zwłaszcza Rwandę sprzed 1994 roku. Oba kraje są (w przypadku Rwandy trzeba używać już dziś czasu przeszłego) najbardziej katolickimi krajami na swoich kontynentach. Oba mają / miały tzw. obrony terytorialne czyli oddziały samoobrony, złożone z ochotników, szkolonych jako para-militarne formacje, uzbrojone przez regularne wojsko, z przeznaczeniem do różnych celów: w Rwandzie nazywały się one Interahamwe oraz Impuzamugambi i zostały użyte w czasie rzezi Tutsich, w Polsce nazywają się one Wojska Obrony Terytorialnej i jeszcze nie miały okazji do działania. No i w tle pozostają katastrofy lotnicze, dające sygnał do symboliczno-praktycznych działań: w Rwandzie zestrzelenie flagowego samolotu z prezydentem kraju Juvenalem Habyarimaną na pokładzie (wrak tego statku powietrznego spoczywa jako symbol po dziś dzień w ogrodach pałacu prezydenckiego w stalicy Rwandy Kigali) przez gwardię prezydencką daje sygnał do rozpoczęcia ludobójstwa Tutsich i tych Hutu, którzy nie popierali polityki eksterminacji Rwandyjczyków z racji ich pochodzenia. Smoleńsk i katastrofa lotnicza – tam też wrak prezydenckiego Tu-154 spoczywa po dzień dzisiejszy jako fundament założycielski tego co można nazwać „religią smoleńską” i która wyniosła do władzy ultra prawicę w Polsce – jest de facto symbolem państwa wg koncepcji PiS (realizowanym od 2015 roku).
Ale nie tylko to może nasuwać na myśl pewne podobieństwa między tymi dwoma krajami. Bardzo podobny jest język prowadzenia dyskursu i narracja obecne od dawna w przestrzeni publicznej: w Rwandzie w czasie poprzedzającym ludobójstwo, w Polsce od przynajmniej 2-3 dekad. U nas to narastające agresja, nienawiść, stygmatyzacja tych INNYCH (nie mieszczących się w jednowymiarowej kliszy prawdziwego Polaka-katolika, zwolennika prawicy, fana leseferyzmu rynkowego i akolity niczym nie ograniczonej prywatnej własności). Negatywne emocje, pogarda, dehumanizacja adwersarzy to istota tych przekazów.
Oto garść wypowiedzi rzuconych w przestrzeń medialną Rwandy (w czasach poprzedzających rozprawę Hutu z Tutsi) i enuncjacji publicznych osób duchownych w Polsce z ostatnich tygodni (osób duchownych gdyż to Kościół katolicki w Polsce jest instytucją o szczególnym znaczeniu i admiracji ze strony elit rządzących oraz z tytułu olbrzymiego wpływu na świadomość oraz mentalność wiernych):

Czerwona zaraza już po naszej ziemi nie chodzi . Co wcale nie znaczy, że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca, umysły. Nie czerwona, a tęczowa (abp Marek Jędraszewski).

Trzeba Tutsich wytępić jak szczury (Radio 1000 wzgórz).

Ręce precz od Arcybiskupa czerwona zarazo (ks. Tomasz Brussy).

Wszyscy Tutsi zginą. Znikną z powierzchni ziemi. Zniszczymy ich bronią. Powoli, powoli, powoli, zabijemy ich jak szczury (Radio 1000 wzgórz)

Ateista jest jak goryl, bądź człowiek ciemny (ks. Dariusz Papucki).

Z karalucha nie narodzi się motyl. Karaluch rodzi karalucha (dziennikarz radia RTLM Honoré Butera).

Genderyści i neo-bolszewicy nie myślą, tak jak komuniści (ks. Dariusz Oko).

Tutsi to komuniści, wrogowie Pana Boga (radio RTLM)

I też faszyzmu bym nie potępiał. Jeżeli mianem faszyzmu mielibyśmy określać np. frankizm który ocalił Hiszpanię z rąk komunistycznych zbrodniarzy , jestem jak najbardziej za (ks. Roman Kneblowski).

Karaluchy musimy rozdeptać naszymi nogami (Radio 1000 wzgórz)

Ateiści to zwierzęta i żyją jak zwierzęta (ks. Marek Dziewicki).

Wszystkich Tutsich trzeba zetrzeć z powierzchni ziemi (Felicien Kabuga, właściciel Radia 1000 Wzgórz)

Człowiek bez odniesienia do Boga zostaje zredukowany do poziomu zwierzęcia (ks. Janusz Chyła)

Przy okazji zamieszczam tzw. dekalog Hutu powszechnie głoszony w Rwandzie w czasach poprzedzających rzeź. Czy w tych 10 punktach nie można znaleźć analogii z wieloma wypowiedziami obecnymi funkcjonującymi w polskiej przestrzeni publicznej, urabiającymi w określony sposób spojrzenie odbiorców na świat i ludzi, stygmatyzujących tych INNYCH, stawiających ich poza nawias społeczeństwa i czyniących ich tymi gorszymi ? Zawsze wpierw człowieka trzeba pokazać jako gorszego, poddać stygmatyzacji, naznaczyć pejoratywnym piętnem, potem zdehumanizować, pokazać jego zwierzęcość i obcość temu co jest esencją człowieczeństwa. Potem już można z taką jednostką zrobić wszystko…… Ten mechanizm jest uniwersalnym i przerabianym w dziejach wielokrotnie:

1. Każdy Hutu powinien wiedzieć, że kobieta Tutsi, gdziekolwiek jest, pracuje dla interesów ludu Tutsi. Dlatego będzie uznany za zdrajcę każdy Hutu, który: a) poślubia kobietę Tutsi; b) przyjaźni się z kobietą Tutsi; c) zatrudnia kobietę Tutsi jako sekretarkę lub konkubinę.
2.Każdy Hutu powinien wiedzieć, że nasze córki Hutu są właściwsze i bardziej sumienne w zadaniach kobiety, żony i matki rodziny. Czyż nie są one piękne i szczere?
3.Kobiety Hutu, bądźcie czujne i starajcie się przeciągnąć swoich mężów, braci i synów na właściwą drogę.
4.Każdy Hutu powinien wiedzieć, że każdy Tutsi jest nieuczciwy w interesach. Jego jedynym celem jest władza dla jego ludu. Dlatego będzie uznany za zdrajcę każdy Hutu, który: a) zakłada spółkę z Tutsi; b) inwestuje swoje albo rządowe pieniądze w przedsięwzięcie Tutsi; c) pożycza pieniądze Tutsi albo pożycza od niego; d) sprzyja Tutsi w interesach.
5.Wszystkie strategiczne pozycje polityczne, administracyjne, ekonomiczne, wojskowe i policyjne powinny być w rękach Hutu.
6.Sektor edukacyjny musi być w większości Hutu.
7.Armia Rwandy powinna składać się wyłącznie z Hutu.
8.Hutu nie powinien dłużej litować się nad Tutsi.
9.Hutu, gdziekolwiek są, muszą działać zjednoczeni i solidarni i mieć na uwadze losy ich braci Hutu.
10.Wszyscy Hutu muszą być nauczani na każdym poziomie o Rewolucji Społecznej 1959, Referendum 1961 i Ideologii Hutu. Każdy Hutu musi wszędzie głosić tę wiedzę.

Co ten dekalog dziś nam Polkom i Polakom może przypominać ? O czymś informować ? Jakie skojarzenia przywoływać ? Zwłaszcza tym o lewicowych poglądach będących od niemal 3 dekad podmiotem takiej zbliżonej narracji i retoryki. Bo „przecież lewicy w Polsce mniej wolno” !!!!

Na zakończenie taka oto refleksja odniesiona do wolności słowa i roli mediów (czy szerzej – przestrzeni publicznej) w kontekście dramatów takich jak w Rwandzie, dawnej Jugosławii, Wenezueli, Ukrainie itd. Otóż podczas przewodów sądowych w ramach Międzynarodowego Trybunału Karnego ds. Ludobójstwa w Rwandzie padało kilkakrotnie zdanie ze strony obrony oskarżonych zbrodniarzy (będących też onegdaj pracownikami mediów), że jest wolność słowa, a media przecież „nie zabijają”. Tak to prawda, samo słowo, wolne (bez odpowiedzialności za to jakie przesłanie niesie i co może spowodować) nie zabija, nie prowadzi ręki uzbrojonej w kamień, palkę, nóż, maczetę czy karabin. Jest że tak powiem neutralne, agnostyczne, przeźroczyste. Stwarza jednak klimat, dehumanizując, stygmatyzując, wartościując tego INNEGO. Kiedy odziera go z człowieczeństwa, stawiając na równi np. ze zwierzęciem, wówczas kieruje tak rzucone słowo pośrednio tymi rękoma uzbrojonymi w wymienione przedmioty zadające uszkodzenia ciała, rany, kalectwo lub śmierć.
Taka była sentencja owych wyroków jakie spadły na ludzi mediów w Aruszy.


Glosa do klimatycznego Armagedonu
2019-07-09 14:12:55
Niemiecki filozof i kulturoznawca Peter Sloterdijk w jednej ze swych prac (>Kryształowy pałac<) napisał o Europejczykach, iż niebezpieczny podarunek Europy dany światu polega na tym, że to właśnie ona dostarczała kolejnych załóg niezbędnych do realizacji jej projektów kolonizacyjnych czy cywilizacyjnych, nie zanikł na skutek hamującego działania chrześcijańsko-mieszczańskiej tresury do posłuszeństwa. Ten stan rzeczy był (a może i jest po dziś dzień) podstawą świadomości, która utrzymywała się przez cały okres ekspansji. Świadomości w której także mieszczanom i chrześcijanom wolno było czynić wyjątki od własnych norm, o ile tylko pozwalały na to bądź wymagały tego okoliczności. I przyczyniały się do najszerzej pojętych zysków, korzyści, zdobyczy.

Wytępić całe to bydło
Tytuł książki szwedzkiego historyka
i dziennikarza Svena LINDQVISTA


Wszyscy jesteśmy Europejczykami. Ten okrzyk, to magiczne hasło niczym akt misteryjnych obrzędów brzmiało przed wyborami do PE niemal powszechnie. I jest nader często powtarzane przy każdej okazji, zwłaszcza w kontekście obecności Polski w UE. Ma być Unia czyli Europa, tęczowo-ultra liberalną z takimi paradygmatami jak wolność, demokracja, prawa człowieka lub narodowo-chrześcijańska, tradycyjna, wyłącznie strefą wolnego handlu. Jedynie szowiniści i nacjonaliści stronią od tego bon mottu: Europejczyk - choć i w ich przekazie znaleźć także można odnośniki do tego niepodważalnego zdawałoby się paradygmatu. Kultura chrześcijańska i związane z nią tzw. wartości, niczym mityczny Graal określać mają wyłącznie to co europejskie. Czyli cywilizowane, białe, patriarchalne, tradycjonalistyczne. Dziś to dotyczy także szczerych, liberalnych demokratów. Nad Wisłą i Odrą nie tyle chrześcijańsko-mieszczańska tresura, a raczej cień folwarku oraz pańszczyźniano-mesjanistycznych i patriarchalno-ziemiańskich rojeń kresowych mitów i legend o wielkiej Polsce sarmackiej niesionych na Wschód do azjatyckiej barbarii w postaci wiary i wartości typowych dla tamtej oligarchii magnacko-szlacheckiej stanowią to co pojmuje się za cloueuropejskości” .
Mit Europy, jej wizerunek jako uniwersalnego projektu polityczno-kulturowego, jego istota najpełniej się odczuwa podczas spoglądania na tron Karola Wielkiego w katedrze akwizgrańskiej. Były Prezes Europejskiego Banku Centralnego Jean Claude Trichet zwrócił onegdaj uwagę na mistykę tego miejsca i drogowskaz dla współczesnych, euro-technokratycznych elit brukselsko-strasburskich odnośnie traktowania idei zjednoczonej Europy. Ale tron Karola Wielkiego symbolizujący imperium tego Franka przywołany przez Tricheta jest pojęciową, historyczną i polityczną manipulacją. Próba odbudowy Cesarstwa Rzymskiego podjęta przez tego króla (potem cesarza), namaszczonego przez papieża Leona III, w wersji chrześcijańsko-germańskiego Imperium w zachodniej części Europy i traktowanie jej dziś jako logo UE, a tym samym - uniwersalizmu, postępu i rozwoju ludzkości - jest co najmniej niestosowna. Po pierwsze – rzymskie wpływy to linia Dunaju i Renu. Tak wielu badaczy i myślicieli traktuje to co zwie się bezpośrednią latynizacją sensu stricte. Po drugie – imperium Karola wyszło podbojami i misją chrystianizacji poza Ren, podbijając brutalnie i eksterminując opornych w swych tradycjach pogańskich plemiona Germanów i Słowian zamieszkujących na wschód od tej rzeki. Chrystianizacja Europy zachodniej i powiązanie germańskich mitologii sławiących przemoc i kult siły z judeochrześcijańskim mesjanizmem i nawracaniem dała w dziejach Starego Kontynentu, a potem świata, opłakane i tragiczne efekty. Bronisław Łagowski celnie stwierdził, że chrześcijanie wyparli rzymskie, pogańskie wierzenia za pomocą i w imię najwznioślejszych zasad moralnych jakie ktokolwiek głosił. Trzeba dodać, że ci Europejczycy, biali chrześcijanie jako pierwsi w historii naszego gatunku podbój, agresję i niszczenie innych kultur podparli kultem miłosiernego Boga, religii miłości i szerzeniem ogólnoludzkiego uniwersalizmu. Ta kultura i jej wartości miały być (i po dziś dzień są tak prezentowane przez Europejczyków) najlepsze, najwznioślejsze oraz absolutnie uniwersalne.
W tej perspektywie to kim jest ów Europejczyk - do którego to pojęcia i związanego z nim systemu wartości wielu moich Rodaków tak ochoczo i bezrefleksyjnie chce się zapisać – decyduje parabola łącząca Akwizgran i Brukselę, gdzie przed Parlamentem Europejskim stoi …… pomnik króla Leopolda II. Tron Karola Wielkiego i pomnik bodajże chyba największego zbrodniarza epoki kolonialnej, czasów które pomnożyły niepomiernie dobrobyt „białych Europejczyków”, to jest w znacznym stopniu esencja tego co wypełnia pojęcia Europy i jej dokonań. Te czasy, poczynając od Karola Wielkiego przez krzyżowe wyprawy, kolonizację świata z ludobójstwem w Kongu Leopolda – na końcu tego procesu są dwie wojny światowe jakie Europa zafundowała ludzkości - jednocześnie zepchnęły resztę ziemskiej populacji w niebyt upodlenia, nędzy i poddaństwa. W których często ludność tych regionów tkwi po dziś dzień, a warunki w jakich żyją miliardy ludzi są echem kolonializmu, imperializmu Zachodu i eksploatacji w imię zysków, stanowiących clou gospodarki rynkowej.
I nawet Oświecenie, które w narracji jego twórców i filozofów-założycieli miało nieść wolność, swobody, godność i pełnię życia wszystkim ludziom, całej planecie zostało spacyfikowane przez ten europejsko-chrześcijański mesjanizm. Te idee i głoszone prawdy o wolności, godności człowieka od politycznej praktyki dzieliła i dzieli cieniutka granica. Najlepiej to widać na przykładach Tomasza Jeffersona i Jacquesa Billaud-Varenne’a („oświeceniowcy” z teorii i praktyki, a zarazem posiadacze niewolników).
W tej grożącej nam inwazji klimatycznych uciekinierów i emigrantów nie wolno zapominać o konsumpcji napędzającej model neoliberalnej gospodarki jaką preferują za pomocą mediów mainstream i „wielcy tego świata” od kilku dekad. Jej przyczyny również leżą w dekadach rabunkowej eksploatacji bogactw Ziemi przez „białego człowieka” kolonizującego pozaeuropejskie kultury i cywilizacje. I jeśli nie zmieni się podstawowy paradygmat kapitalistycznego gospodarowania – opisany przez Karola Marksa – gdzie naczelną zasadą pozostaje zawsze zysk (dziś to zysk natychmiastowy gdyż czekanie 50- 100 lat na efekty jest przejawem niezrozumienia „ducha czasów” narzuconych przez neoliberalne dogmaty) - nic nas nie uchroni przed zagładą. Historia Ziemi daje mnóstwo przykładów eliminacji tych gatunków, które nie były zdolne przystosować się do zmiennych warunków. Dzieje Majów, kilku kultur przed-inkaskich z Ameryki Łacińskiej, ludu Rapa Nui (Wyspa Wielkanocna), Mohendżo Daro z Indii itd. także o tym dobitnie zaświadczają. Homo sapiens wytępił u zarania swej ekspansji inne podgatunki ludzkie – neandertalczyka, homo floresiensis czy denisowian. „Biali ludzie” podczas kolonizowania innych kontynentów wytracił całkowicie m.in. Guanczów (W-y Kanaryjskie) czy lud Pallawah (Tasmania). Aborygenów w Australii czy Indian w Ameryce, Inuitów na Dalekiej Północy sprowadzili do ludzkiego „rodzaju endemicznego”. Dziś stajemy przed unicestwieniem siebie samych z racji niepohamowanej żądzy zysku, podboju oraz ciągłej, niepohamowanej ekspansji. Dochodzi do tego rozbuchana konsumpcja i żądza posiadania kolejnych coraz to bardziej wyrafinowanych dóbr przez nieliczną warstwę ludzi z tzw. elit. I permanentne pomnażanie mitycznego kapitału.
W 1994 r. ówczesny premier Kanady Stephen Harper kajając się przed obywatelami Kanady nie europejskiego pochodzenia, autentycznymi Amerykanami z urodzenia i tożsamości, miał powiedzieć: „Od końca XIX wieku do 1969 roku ponad 150 tys. dzieci odebrano rodzicom i umieszczono w przy-zakonnych sierocińcach gdzie poddawane były psychicznej i seksualnej przemocy”. W Australii, tej enklawie cywilizacji „białego człowieka” na Antypodach do owych praktyk dodawano przymusową sterylizację bądź kastracje dzieci aborygeńskich tak aby nie było przyrostu naturalnego wśród rdzennej ludności.
Wielu autorów wywodzi nazistowską hekatombę XX wieku właśnie z tych europejskich, imperialistycznych i post-judeochrześcijańskich wartości. Holocaust nie był anomalią obcą tej cywilizacji. Odwrotnie, takie fakty oraz wydarzenia są jej immanencją, a Holocaust stał się zwieńczeniem procesów zaczynających się pewnie „u tronu Karola Wielkiego”. Dziedzictwa i dokonania Karola oraz Leopolda zamykają klamrą określoną, sporą część europejskich białych tzw. wartości, tradycji, praktyk. Tu mieszczą się np. zdobycie Jerozolimy w 1099 r. przez pierwszą wyprawę krzyżową, rzeź Konstantynopola w 1204, Armagedon uczyniony autochtonom w Nowym Świecie zarówno przez katolików jak i protestantów, kolonizacja Azji, Australii czy Afryki, powstania Sipajów w Indiach czy Bokserów w Chinach, podbój dzisiejszej Namibii przez Niemców (pacyfikacja Namów i Herero przez wojska von Trothy) i dziesiątki, setki podobnych wydarzeń. Handel niewolnikami i te 20-30 mln (?) ludzi wywiezionych z Czarnego Lądu do Nowego Świata gdy do miejsca przeznaczenia docierała tylko 50-60 % tych nieszczęśników - to kolejne tragiczne epizody przyczyniające się do dewastacji i degradacji tych obszarów z których dziś nadejdą dziesiątki, a może i setki milionów, uchodźców i imigrantów. Proces ten zapewne wyglądał będzie podobnie jak inwazja plemion germańskich na Imperium Romanum poczynając od II wieku n.e. I trwał będzie pewnie równie długo przynosząc analogiczne, tragiczne często, skutki.
Na zakończenie takich rozważań warto jedynie przywołać fragment wystąpienia Bertranda Russella niedługo po tragedii w Hiroszimie i Nagasaki (wydźwięk tych słów jest uniwersalny i pozostaje cały czas niezwykle aktualnym): „Zwracamy się do was jako ludzie do ludzi. Pamiętajcie o swoim człowieczeństwie i zapomnijcie o wszystkim innym. Jeśli zdołacie - to otworzycie drogę ku nowemu społeczeństwu. Jeśli wam się to nie uda, staniecie wobec ryzyka powszechnej zagłady”.
I to jest też inna perspektywa na dramatyczny kryzys przed jakim stoją Europa i cywilizacja "białego człowieka". Czy Europejczyk podzieli los neandertalczyka, człowieka z jaskini Denisowa, potem – Guanczów i Celtów zależy już nie tylko od jego dobrych chęci, sążnistych projektów, niekończących się konferencji i medialnych sprawozdań podawanych w dramatycznym tonie. Muszą zmienić się od zaraz paradygmaty i całość organizacji naszego globalnego życia. I przede wszystkim – myślenia o takich rudymentach jak kapitał, zysk, wartość dodatkowa, konsumpcja, podatki, inwestycje itd.



Mitologia 4 czerwca
2019-06-06 06:52:33
Czyś nagle potracił kolana
Czyś snem pomiażdżył swe nogi
Po coś mnie brał na barana
By zgubić drogę w pół drogi
.
Bolesław LEŚMIAN („Garbus”)


Mit jest to specyficznie podawana wykładnia dziejów czy układów społecznych, oparta najczęściej na chwytliwej formule, iż jest ona jedyną i wyłącznie prawdziwą. Mit określa tym samym świadomość społeczną w sposób natrętny, demoniczny i często karykaturalny. Czyli – irracjonalny, nie rzeczywisty bo najczęściej przedstawia historię, politykę, stosunki społeczne, kulturowe oraz związane z nimi religię, moralność, estetykę, zagadnienia z dziedziny idei czy filozofii politycznej jako powstałe same z siebie bądź w wyniku ingerencji sił nadprzyrodzonych, boskich, transcendentalnych. I procesy te dotyczą wszystkich kultur, społeczności, wspólnot bądź narodów. Prowadzi to do uznania mitu – kiedy do takiego sposobu prowadzenia polityki stosują się elity rządzące – za głos opinii publicznej, powszechnie obowiązujące normy, chwalebne zasady czy rzeczy i pojęcia wrodzone. Kiedy w polityce uznaje się mit za siłę sprawczą, założycielską, rudymentarną - a tym samym narracja objaśniająca początki danego ruchu, zjawiska czy zdarzenia tłumaczy ukształtowanie się danej rzeczywistości w sposób mityczny, nie logiczny i ahistoryczny – to siła inercji, serwilizmu i koniunkturalizmu wiedzie wspomniane elity do tragicznego końca. Trwanie i brnięcie coraz głębiej w odmęty mitologii i wymyślanie coraz bardziej abstrakcyjnych argumentów musi być po prostu aksjomatem tak rozumianej polityki. Narodziny mitu spowodowane są zawsze konkretnymi okolicznościami historycznymi. Jest to opowieść nie o rzeczywistych procesach społecznych i tzw. długim trwaniu ale narracja wypaczająca zazwyczaj bieg historii. To wynika zarówno z utylitaryzmu demokracji liberalno-parlamentarnej (wygranie wyborów obojętnie w jaki sposób) jak i z potrzeby przedstawienia ludowi jego heroiczności. Mityczni bohaterowie – z którymi ów lud ma się utożsamiać - muszą przejść wiele ciężkich prób, w czasie których wykazują się cechami o charakterze nadprzyrodzonym, a ich przeznaczenie kiedy nie są postaciami nadprzyrodzonymi, jest jakąś formą apoteozy i sakralizacji. Wiąże się to zawsze z kultem, który przeważnie czerpie natchnienie z obrzędowości religijnych. Przedstawiciele owych elity oczywiście stawiając siebie w roli wspomnianych herosów czy półbogów przyjmują hołdy i uwielbienie ze strony swoich wyznawców i akolitów co łechce ich próżności, ale przede wszystkim przynosi określone wyborcze koneksje. Utwierdza ich również w dalszej hodowli i pielęgnacji mitu założycielskiego.
Dzień 4.06.1989 jest przykładem właśnie na takie działania. Nie dość, że w tym czasie choć 10 lat wcześniej, trwała pierwsza pielgrzymka papieża Wojtyły do Polski, to jeszcze wybory odbyte tegoż dnia stały się – podobnie jak owa wizyta Jana Pawła – mitem oraz fantazmatem powszechnie i nachalnie wciskanym od tamtego czasu przez najszerzej pojęty mainstream polskiemu ludowi. Nadwiślanemu odbiorcy medialnej papki przez korporacyjne komunikatory.
To tego dnia aktorka, celebrytka, osoba publiczna (choć nie mająca z polityką i zagadnieniami społecznymi wiele do czynienia oprócz scenicznych czy filmowych prezentacji) Joanna Szczepkowska zakomunikowała, iż 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm. Banalność i fikcja tak sformułowanej tezy (zakomunikowanej w publicznej TV), która stała się później głównym filarem inicjacyjnym III RP, zawsze raziła swoim mesjanizmem, irracjonalnością i iluminacyjnym sposobem widzeniem historii. I nie chodzi o to, że de facto Polska Ludowa nigdy nie była państwem komunistycznym (może tylko w jakiejś mierze początkowe lat 50-te mieszczą się w tej klasyfikacji). Przede wszystkim chodzi o zastosowanie mitologicznej i scenicznej formy ekspresji. Ów kolejny mit rzucił złowieszczy, stygmatyzujący wszystko co inne – jak chcą solidarnościowe i post-solidarnościowe elity – cień na ponoć nową, po „czarnej dziurze” PRL-u, Polskę. Odrzucono tym samym ciągłość, immanencję i uniwersalność procesów społecznych w polityce, edukacji, medialnej narracji, dialogu władzy ze społeczeństwem i jego różnymi grupami tworzącymi wspólnotę narodową.
Dziś gdy rzeczywistość skrzeczy – choć przecież zwycięża tak czy tak ekipa utożsamiająca się z ideami mitycznej "Solidarności” (PO i PiS to klony tej formacji gdyż przecież jeszcze nie tak dawno tworzyły wspólny alians polityczny zwany AWS-em) - pani Joanna jest zasmucona. Bo w konfrontacji z tym szlagwortem jaki wypowiedziała przed 30 laty jest niczym Cruella De Mon z bajki o „101 dalmatyńczykach”. I dotyczy to całej post-solidarnościowej elity.
Bo ten jej smutek jest wizerunkiem całej elity trzymającej władzę realną i tzw. „rząd dusz i umysłów” przez ostatnie 30 lat, jej frustracji, zagubienia czy dezintegracji mentalnej. Nie wiedzą co się dzieje, dlaczego mit który tworzyli tak ochoczo i precyzyjnie dziś się wali i zamienia w popiół. Co się stało, iż nabożna cześć i irracjonalna wiara w dziejową misję oraz postęp przypisywana wyłącznie pannie „S” dziś ma brunatne podniebienie ONR-owca, antysemicką retorykę „prawdziwego Polaka”, łysy kark kibola, pedofila w sutannie, inkwizytora z IPN-u, grożący paluszek czołowego polityka opozycji (ostrzegającego wszystkich inaczej myślących i nie podzielających jego opcji politycznej), mentorstwo i pogardę dla INNYCH topowego dziennikarza przedstawianego do niedawna jaki metr z Sevres sztuki zwanej żurnalistyką ? To jest właśnie irracjonalizm patrzenia na dzieje kraju i ludzi, na problemy „szarego człowieka”, iluminatorstwo w opisie procesów społecznych oraz apologetyczno-hagiograficzne (w formie antycznych żywotów świętych Kościoła) pojmowanie historii. A poza tym – zero-jedynkowy sposób opisywania świata i ludzi.
To co dziś pisze Joanna Szczepkowska w trzy dekady po 4.06.1989 roku jest znamienne dla tzw. środowisk demo-liberalnych w naszym kraju. Tych resztówek po idealistycznej wizji panny „S”, po Unii Wolności i pozostałości po niesłychanie wpływowym i totalnie dominującym we wszystkich niemal sferach życia publicznego środowisku Gazety Wyborczej (z lat 90-tych i początków XXI wieku). Ubolewanie jak to PiS - oczywiście słuszne lecz za Arystotelesem warto tym koteriom i Pani Joannie przypomnieć, że nie poznamy nigdy prawdy nie zgłębiając przyczyn – niszczy wolność, demokrację, jak depce pluralizm itd. jest zupełnie nietwórcze, razi krótkowzrocznością i schematyzmem, by nie rzec hipokryzją. Brakiem pamięci o dokonaniach swoich liderów w czasach kiedy niepodzielnie, właśnie dzięki mitologicznemu oraz fantazmatycznemu przekazowi kształtowali świadomość ludu i panowali nad Wisłą, Odrą i Bugiem. Nie kto inny jak prominentna przedstawicielka środowiska GazWybu w 2001 napisała, że „lewicy w Polsce mniej wolno”. Mimo wyborczego mandatu. Czy to nie był klasyczny przykład pogardy i wartościowania kanonów demokracji kiedy jej efekty nie układają się według oczekiwań elit i czym to się różniło, od współczesnego, pisowskiego „gorszego sortu” ? Totalitaryzm jaki przypisuje się Polsce Ludowej tak namiętnie zwalczany przez te środowiska i co od 30 lat się eksponuje, niezależnie od politycznie i kulturowo przyjętych symboliki i sztandarów, pojawił się w formie autorytarnej retoryki i narracji (a co za tym idzie i praktyki) gdy rządzącym wydało się, że wszystko jest możliwe. Tu, teraz, zaraz. Że posiedli absolutną prawdę na interpretację rzeczywistości; tej minionej, aktualnej i tej przyszłej.
Wszyscy ludzie panny „S” byli w tym przekazie niczym wspomniani herosi i półbogowie z mitologii greckiej. W NSZZ „S” wszyscy byli zawsze piękni, sumienni, oddani idei (a nie swoim utylitarnym, prywatnym interesom), kierowali się zawsze dobrem Ojczyzny i na cokołach stawiali wolność, demokrację i „gospodarkę rynkową” (choć zmarły niedawno jeden z autentycznych herosów tego ruchu – Karol Modzelewski – w jednym z wywiadów powiedział, iż „za kapitalizm by w więzieniu PRL-owskim ani godziny nie siedział” – gdyby wiedział ……). Jednoznacznie źli, oszukańczy, sprzedajni byli zawsze mityczni komuniści i post-komuniści, członkowie PZPR i ludzie zsowietyzowani czyli homo sovieticus. Tak, taka narracja była nagminną. Dziś gdy PiS stygmatyzuje w taki sam sposób, używając analogicznych metod, piętnując owe środowiska mianem lewactwa, gorszego sortu, a miejsca które one zajmują są dla rządzących placówkami gdzie stało ZOMO demo-liberałowie się dziwią, są oburzeni i zszokowani. Demitologizacja jest zawsze procesem bolesnym.
Po 30 latach niektórzy bohaterowie "Solidarności” z tamtych czasów – m.in. Bujak, Celiński, Janas – przypominają sobie i dzielą się z Polkami i Polakami tymi wspomnieniami, że jednak nurt klerykalno-tradycjonalistyczny, z elementami antysemickim i czarnosecinnymi był silnie obecny w strukturach Związku. Tylko czemu o tym milczano wcześniej kreśląc mit szlachetnej, jednolitej niczym skała, wzniosłej i czcigodnej "Solidarności” ?
Matka Joanna od końca komunizmu w Polsce oburza się dziś, iż można wyrzucać na bruk cały zespól teatralny kiedy przychodzi nowy Dyrektor (działo się tak już – ale po cichu i zblatowane z elitami polityczno-kulturowymi media milczały – podczas poprzednich rządów, politycznych i mitologicznych kompanów pani Joanny). Pisze w Rzeczpospolitej (z 3.06.2019, [w]: „Dwie ściany”): „Jesteś artystą, to się tułaj. Dyrektor teatru ma rządzić krótko a potem zespół tworzy od nowa nowy dyrektor. Publiczność i jej gusta nie mają nic do gadania, bo teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem. Nie zgadzasz się z tym? Idź w mohery, bo tam twoje miejsce”.
Dziwne, że nie widziała Matka Joanna od końca komunizmu w Polsce dematerializowanych z dnia na dzień zakładów pracy oraz śmierci całych miast i miasteczek, których ład, struktura i życie skoncentrowane było wokół jedynego w danym rejonie, likwidowanego zakładu pracy, poniewierki i nędzy obszarów popegeerowskich, degrengolady poza wielkomiejskich centrów. Mit Balcerowicza i parasola "Solidarności" nad reformami, nad przywracaniem w Polsce wilczego, manchesterskiego kapitalizmu niczym kurtyna w teatrze oddzielił Szczepkowską i jej mentalnych komilitonów od realnej, przyziemnej, codziennej rzeczywistości.
Ta mentalność bezwzględnego triumfu i mitologia legły u podstaw uprawianej cały czas przez te trzy dekady mitycznej pedagogiki narodowej w konserwatywnym i religianckim sosie. W stylu mentorskim, paternalistycznym, apodyktycznym i arbitralnym. I ta mitologia nadal odgradza ów mainstream i jego polityczną reprezentację od racjonalnego i logicznego spojrzenia na to co się wydarzyło do tej pory i na co się zanosi w naszym kraju.



Święta wielkanocne i symbole
2019-05-04 06:43:15
Tydzień przed świętami wielkanocnymi zaserwował nam wszystkim dramatyczne i przygnębiające obrazy płonącej katedry Notre Dame w Paryżu. Zniszczeniu uległ jeden z największych zabytków europejskiej i światowej kultury. I jest to starta niepowetowana dla wszystkich, bez względu na przekonania religijne, wrażliwość estetyczną, poglądy polityczne. To wartość sama w sobie i sama dla siebie.

Demon to istota bogopodobna, spełniająca
funkcje pośrednie między światem boskim,
nadzmysłowym, a światem ludzkim.

MITOLOGIA ŚLĄSKA (Barbara i Adam PODGÓRSCY)

Na kanwie tej tragedii polskie demony medialne ujawniły się w całej pokracznej, faryzejskiej postaci. Ich zdaniem ten pożar to wynik zatrudnienia muzułmanów do prac remontowych prowadzonych w katedrze (islamofobia), palec boży (czyli Bóg jako bezpośredni demiurg wszystkich czynów ludzkich na Ziemi, niczym nie różniący się od czczonych przez wieki tysięcy Baalów, Zeusów, Manitou, Krisznów, Ormuzdów, Arymanów, Torów, Swarożyców itd. czyli synonim pogaństwa tak ochoczo atakowanego przez chrześcijaństwo), symbol i powód do nawrócenia (prozelityzm).
Głos tak słyszany pochodzi m.in. od dyżurnych kato-talibów: Tomasza Terlikowskiego, Magdaleny Ogórek, Bartosza Kownackiego (to ten, co anonsował, iż to Polacy uczyli jeść Francuzów widelcem), Rafała Ziemkiewicza, Jacka Bartyzela itp.
Terlikowski: „Znaki są do tego, żeby je odczytywać. Płonie katedra Notre Dame w Paryżu. Płonie Kościół, płonie Europa. Czas zmierzchu. Jeśli się nie nawrócimy spłoniemy wszyscy”.
Ogórek: „Pod posadzką korona cierniowa Chrystusa. Za 4 dni Wielki Piątek. Woda już na pewno zalała skarbiec, gdzie spoczywa relikwia. Za to za rok na pewno w okolicy przybędzie nowy meczety. Siedzę przez TV zdruzgotana”.
Bartyzel: „Jeśli nie jest to celowe podpalenie - co mocno prawdopodobne (dopiero co podpalono przecież drzwi do Saint-Sulpice), bo Mordor coraz wścieklej atakuje - to znaczy, że jest znak od Boga, kara Boża za grzech apostazji współczesnego Zachodu na czele z dawną najstarszą córką Kościoła. Boże bądź miłościw nam, grzesznym!”.
Na pewno przyczyny pożaru tkwią wedle wylewających się z sieci i mediów potoku przypuszczeń, oskarżeń, przepowiedni oraz sugestii, w laicyzacji, desakralizacji przestrzeni nie tylko publicznej, ale i całego życia współczesnych Europejczyków, odejściu od tradycji itd. A Francja jest tego najlepszym dla owych religiantów i tradycjonalistów przykładem. No i oczywiście na pewno imigracja ludzi o innym kolorze skóry, innej kulturze, innej religii. Islamofobia podszyta, ale i kryjąca uprzedzenia natury klasowej, kulturowej i religijnej, zakorzenionymi w świadomości fobiami. Także polskim paternalizmem, nadwiślańską wsobnością, pogardą dla „inności”.
Nie ma sensu czekać na wyniki śledztwa i wyjaśnienia źródeł dramatu przez stosowne organy państwa. Medialni mesjasze i kaznodzieje już ludowi powiedzieli jak było, jakie były przyczyny i kto jest winny tej katastrofy.
W ogólnym szumie komentarzy – wycinkowo tylko tu przytoczonych - umyka fragment wypowiedzi Piotra Glińskiego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego przypominający rozmowę odbytą z proboszczem paryskiej katedry: „Sześć miesięcy temu miałem bardzo smutną rozmowę z proboszczem Katedry Notre Dame. Brak środków na remonty”.
Tanie państwo, organizowane według kapitalistyczno-neoliberalnego sznytu, stosujące masowo outsourcing, re-engineering, minimalizujące koszty, a maksymalizujące zyski to przecież esencja współczesnego świata za jakim tak ochoczo głosowano 4.06.1989 roku czyli za restytucją kapitalistycznych stosunków społecznych. Więc skąd to dzisiejsze zdziwienie ? Państwo mające funkcjonować wedle zasad myślenia pp. Morawieckich, Tusków, Bieleckich, Gwiazdowskich, Balcerowiczów, Hausnerów, Mordasiewiczów, Jakubiaków etc. winno być wyłącznie nocnym stróżem prywatnej własności. Taką formę uprawiania polityki najlepiej charakteryzował Tadeusz Syryjczyk (minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego) i jego wypowiedź mówiąca, że najlepszą polityką gospodarczą to jest brak polityki gdyż niewidzialna ręka rynku rozwiąże sama te problemy. Wszyscy oni takie myślenie zaczerpnęli od światowych guru i teoretyków współczesnej neoliberalnej doktryny funkcjonowania wspólnot, społeczeństw, państw, świata itd. To pogrobowcy polityczni szkoły made in Chicago Boy’s oraz konfratrzy polityków w rodzaju Reagana i Thatcher. Dziś to Macron, Trump, Bolsonaro, brukselska technokracja, ale też efekt cieni rzucanych przez Wall Street, City, świat finansów oraz trans-narodowych i globalnych korporacji.
Bo po pierwsze: system hegemonii kapitału nad pracą i tzw. pracodawców nad pracownikami najemnymi działając zgodnie z zasadami charakterystycznymi dla figury tzw. homo oeconomicus musi generować przede wszystkim zyski. Na tej zasadzie właśnie zatrudnia się ludzi „na czarno”, na tzw. „śmieciówkach”, bez zabezpieczeń społeczno-socjalnych różnego rodzaju (obniżając przez to koszty pracy, podstawowy czynnik generujący wydatki). Na tej zasadzie - dumping – pracują na Zachodzie Europy tysiące emigrantów (w tym tysiące Polek i Polaków) z tzw. „nowych krajów Unii”. Ale też i przybysze z krajów spoza Europy. Również tak atakowani wyznawcy Proroka Mahometa.
Dwa: niedofinansowanie służb publicznych (poza policją co widać od ponad 20 tygodni na ulicach wszystkich miast francuskich) – straż pożarna jest jednym z elementów funkcjonowania państwa – wiąże się ze wspomnianym wcześniej cięciem kosztów przekładającym się na ograniczeniach liczby etatów oraz oszczędnościach w nakładach na nowy sprzęt.
Trzy: zaniedbania i niechlujstwo przy wykonywaniu prac remontowych wiążą się nie tylko z zatrudnieniem ludzi o innym kolorze skóry i wyznania – jak sugerują domorośli i niezwykle liczni komentatorzy znad Wisły powodowani islamofobią – którzy ponoć nie mają europejskiego, „biało-skórnego” poczucia obowiązkowości i solidności. Te cechy posiadają tylko zachodni Europejczycy, chrześcijanie, etosowo przywiązani do wspomnianych wartości. Zapomina się nad Odrą i Wisłą, że niechlujność, brak solidności, ale także partactwo, powszechną abnegację, niedbałość w stosowaniu się do obowiązujących przepisów i prawa charakteryzuje też wielu …… naszych rodaków pracujących za granicą (nie mówiąc już o polskich warunkach). I tak ich postrzega nader często tamtejsza opinia publiczna.
Więc polscy islamofobi – może ciszej nad tą trumną. Zarówno z wydawaniem wyroków jak i ze wskazywaniem winnych.

Senator i porządkowanie Polski
2019-04-12 07:53:59
Katolicyzm i narodowy socjalizm mają
wiele wspólnego i ręka w rękę pracują
dla polepszenia świata.

ks. Jozef TISO

Grzegorz Michał Bierecki (rocznik 1963) – polski działacz spółdzielczy, przedsiębiorca i polityk bliski PiS-owi, współtwórca spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych w Polsce, przewodniczący Światowej Rady Związków Kredytowych, senator VIII i IX kadencji. Jest również jednym z fundatorów i współzałożycieli zarejestrowanej w 2012 fundacji Polski Instytut Katolicki „Sursum Corda” w Gdańsku, której jednym z głównych celów statutowych jest tworzenie doktryny prawnej, mającej służyć obronie uczuć religijnych oraz dobrego imienia chrześcijan.
Podczas obchodów w Białej Podlaskiej 9 rocznicy katastrofy w Smoleńsku senator RP Grzegorz Bierecki był łaskaw stwierdzić, że Prawo i Sprawiedliwość nie ustanie w wysiłkach, póki „nie doprowadzi do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej”. Sens tej wypowiedzi jest jawnie faszystowski, będąc jednocześnie klasyczną mową nienawiści, zapowiedzią rozprawy fizycznej z tymi, których władza uzna za wyrzutków, odpady, insekty i elementy szkodliwe dla zdrowego pnia polskości (definiowanej wedle prawicowo- religianckiego mniemania rządzących elit). Słowa te zszokowały nawet Joachima Brudzińskiego, partyjnego komilitona Biereckiego, również nie przebierającego w dyplomatycznych wypowiedziach, aktualnego Ministra Spraw Wewnętrznych w rządzie Zjednoczonej Prawicy. Mityczne mniemanie większości polskich obywateli, że godność polityka i senatora do czegoś zobowiązuje, że demokracja jako system społeczno-polityczny jest rodzajem Edenu i powszechnej szczęśliwości, racjonalności i mądrości – zresztą jak wiele innych fantasmagorii zalegających w nadwiślańskiej mentalności – po raz kolejny legła w gruzach.
Jak Polak z Polakiem - to hasło towarzyszy nam od powstania idei „Solidarności”. Powtarzali je zarówno twórcy tego ruchu – Lech Wałęsa i cała ówczesna Komisja Krajowa tego Związku Zawodowego – jak i partyjni przywódcy kraju czynnie zaangażowani w podpisywanie porozumień sierpniowych (Stanisław Ciosek, Stanisław Kociołek, Mieczysław Jagielski), a także hierarchowie Kościoła i duchowni (kard. Stefan Wyszyński, kard. Józef Glemp czy ks. Tischner). Tym co nadal tak uważają, co sądzą iż nadwiślańska zbiorowość jest wolna od przemocy i agresji, że nie możemy się nawzajem mordować (z racji bogobojności, religijnego uwielbienia Maryi i roli nauki Kościoła w polskiej kulturze) trzeba przypomnieć takie tylko fakty jak: zabójstwo Gabriela Narutowicza, pogromy w Pińsku i Wilno (tuż po I wojnie światowej) bądź w Przytyku (1936), Jedwabne, getto ławkowe getto i numerus clausus. Tu mieszczą się również ataki na obywateli państwa polskiego przez tzw. prawdziwych Polaków w postaci oblewania naftą produktów i bicie ich za to, iż zakupów dokonywali w sklepach żydowskich. M.in. w latach 30. policja z trudem powstrzymała dokonanie pogromu w Radziłowie. Nierzadko się zdarzało, iż na lekcjach religii dzieciom kazano trzymać bułkę w zębach przez całą lekcję jako karę za jej kupno w piekarni prowadzonej przez obywatela Polski pochodzenia żydowskiego. Bojkot Żydów i wszystkiego co z nimi związane uzasadniano ich zbiorową odpowiedzialnością za śmierć Jezusa. Efekty takiej propagandy i powszechnej narracji w życiu publicznym znajduje się masowo w świadectwach opisujących lata 1919-39/40. Przypominam - dotyczyły te wszystkie haniebne czyny obywateli polskich, jakich doznawali z rąk Polaków, tych prawdziwych, katolików.
Bardziej odległa historia naszego kraju to np. 13.07.1666. i Mątwy, gdzie podczas rokoszu Zebrzydowskiego polska szlachta wzajemnie się wyżynała i kiedy Polak-katolik mordował okrutnie Polaka-katolika. Co proponuje Pan Senator RP ? Może tradycję i praktykę idącą śladem Ernsta Röhma, założyciela i długoletniego dowódcy oddziałów szturmowych - czyli bojówek partyjnych zwanych "Sturmabteilung" (SA), tzw. brunatne koszule - utworzonych w Niemczech w 1920 jako ochrona zgromadzeń partyjnych. Stały się one masową, partyjną organizacją wojskową i głównym realizatorem terroru niemieckiej partii nazistowskiej w walce z sympatykami innych ugrupowań politycznych (głównie komunistami oraz mniejszościami narodowymi i seksualnymi). Taki klimat jest zawsze dobrym nawozem dla tendencji nietolerancyjnych, agresywnych, nienawistnych. Prowokującym przemoc i zamachy. SA wyrosły z atmosfery szczucia i nienawiści tworzonej przez polityków rządzących Republiką Weimarską a wywodzących się z SPD (prezydentem był też socjaldemokrata Friedrich Ebert). Stąd wziął się min. polityczny mord na Róży Luksemburg, Karlu Liebknechcie i Leonie Jogichesie. Egzemplifikacją takiej też aury w życiu publicznym owocującej podobnymi w intencjach enuncjacjami i zapowiedziami były zawsze płonące krzyże anonsujące akcje Ku Klux Klanu (ponownie zaczyna się ten ruch odradzać masowo w USA).
A może Panu Senatorowi śni się sytuacja z Ameryki Łacińskiej gdzie w latach 1960-1990 szalały na masową skalę sponsorowane przez Waszyngton tzw. szwadrony śmierci ? Koszmary, jakie miały wtedy tam miejsce, brutalność, skala tortur i liczby zabójstw są nieporównywalne z tym co działo się wówczas w Europie Wschodniej, a co dziś rządzący w Polsce post-solidarnościowe elity tak heroizują, budując na tym swą mityczną historię i opisując nierzeczywiste dzieje Polski Ludowej oraz swoją walkę z tzw. komuną. Pinochet i Chile, Meza i Boliwia, Montt i Gwatemala, Videla i Argentyna, Castelo-Branco i Brazylia, Bordaberry i Urugwaj, Stroessner i Paragwaj. Tak można wymieniać większość krajów latynoamerykańskich (oprócz socjalistycznej Kuby i Meksyku) gdzie operacja" Kondor" zbierała obfite, krwawe żniwo. I wszyscy ci dyktatorzy, członkowie paramilitarnych bojówek i szwadronów śmierci klasyfikowali się jako pobożni i pokorni synowie kościoła katolickiego, uczęszczali na msze, przystępowali do spowiedzi, otrzymywali rozgrzeszenia, przyjmowali komunię.
Fala oburzenia jaka wezbrała po tej enuncjacji senatora Biereckiego wymusiła na nim wyrazy ubolewania i tłumaczenie, iż został on źle zrozumiany, a jego słowa niewłaściwie i tendencyjnie zinterpretowane. Odnosząc się do sugestii, że jakoby chce dokonywać jakichś czystek oświadczył: „Oczywista bzdura. Słowa wyjęte z kontekstu. Zwracam uwagę, że nikt z obecnych na uroczystościach tak tego nie odebrał. Dopiero wyrwane z całości przemówienia i spreparowane przez media słowa nabierają takiego wydźwięku". Partyjni towarzysze senatora dziś już też bronią kolegi. „Ta wypowiedź to głupstwo. Senator, który nie jest w kierownictwie partii, palnął coś i każdy wie, że nie jest to linia PiS. To nie są mądre słowa, powinien się z nich wycofać” – tak skomentowała posłanka PiS Joanna Lichocka w programie TIŁT enuncjacje Biereckiego.
W moim wpisie nie ma zarzutów dot. linii partii. Staram się tylko pokazać do czego takie wypowiedzi, tworzące określony klimat i przyzwolenie na określone działania podburzonych, emocjonalnie ukierunkowanych tłumów czy bojówek – nie wchodzę w intencje, aksjologię które kierowały autorem wypowiadającym takie słowa czy jego zamierzenia wywołania np. szoku bądź refleksji – w różnych częściach świata, w różnych epokach i kontekstach kulturowo-politycznych mogą doprowadzać. I nie interesują mnie wiara, zamiary autora i jego aktualne zapewnienia. Będąc politykiem mającym aspiracje i wymagania co do powagi i uszanowania sprawowanego mandatu trzeba wiedzieć co się mówi (i przewidywać ewentualne skutki tych wypowiedzi), a nie mówić co się wie (lub że wydaje, iż się coś wie).

Krótki splin o demokracji i wolności
2019-03-19 10:45:45
Polskę szlachecką zniszczyła szlachta,
burżuazyjną zniszczyła burżuazja. Polskę
Ludową zniszczą robotnicy. Żadna z klas
rządzących Polską w różnych okresach
nie dorosła do swej roli.

Władysław GOMUŁKA

W polskiej demokracji dzieje się tak, że lewica może być programowo nie-lewicowa i antyoświeceniowa, partia chadecka – niby w zachodnioeuropejskim stylu – prezentuje program ugrupowania ultraprawicowego, zaś prawica (a w zasadzie – hiper-prawica) zapewniająca o miłości do ustroju demokratycznego ociera się o poglądy bliskie faszyzmowi. I wszyscy wolnością, jednym z najważniejszych (choć nie jedynym i nie absolutnym) elementem demokracji i zdobyczą człowieka XXI wieku, wycierają sobie usta. Trwa to już 30 lat czyli przez cały czas trwania tzw. transformacji ustrojowej. Róża Luksemburg zauważyła ([w]: >O rewolucji rosyjskiej 1905 roku<), że: „Wolność jest zawsze wolnością dla inaczej myślących”. To niesłychanie ważny i zapomniany w naszym kraju, głównie przez polityków mieniących się demokratami, kanon. I test zrozumienia czym są pojęcia: demokracja, tolerancja, państwo prawa. Mało kto przestrzega ów kanon, zarówno teoretycznie (np. mainstream medialny karmiąc społeczeństwo pogardą, półprawdami i kłamstwami oraz nienawiścią do wszystkiego co inne) jak i praktycznie (prawo tworzone przez miejscowych polityków). Co chwila mamy tego namacalne dowody słuchając debat sejmowych, mając do czynienia z funkcjonującą jurysprudencją, widząc manipulacje dokonywane przez mainstream medialny i analizując wystąpienia topowych ludzi scen publicznej. Dotyczy to m.in. przywoływanej tu Róży Luksemburg, wielkiej Polki i wybitnej Europejki, humanistki, człowieka nieprzeciętnego formatu intelektualnego, wokoło której panuje znamienna zmowa milczenia (15.01.br. minęła 100 rocznica jest męczeńskiej śmierci – stosując napuszoną retorykę tak charakterystyczną dla naszej publicznej narracji – gdyż tego dnia została bestialsko zamordowana została przez prawdziwych patriotów, anty-lewaków, zdyscyplinowanych obywateli Niemiec). Kto sieje wiatr – mówi przysłowie – zbiera burzę. Rozsiewanie kłamstw, nachalnie i powszechnie powtarzanych, urastających w wyniku manipulacji do powszechnych prawd, zazwyczaj prowadzą do dramatów i tragedii. Nadużywanie wzniosłych, uniwersalnych, humanistycznych pojęć do niskich, politycznych gier, utylitarnych celów, przy powszechnej hipokryzji i faryzejstwie reprezentantów tzw. polskiej sceny publicznej wzmagają społeczne obrzydzenie i niechęć do polityki w ogóle.
„.....Fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki" (Józef Szujski, krakowski XIX-wieczny konserwatywny polityk i znany historyk). Czy wolny rynek i swoboda obrotu kapitałem stanowią absolutny poziom odniesienia dla oceny jakości oraz form naszego życia ? I czy w dzisiejszej rzeczywistości tylko to co zyskowne ma jakąkolwiek wartość ? Jeśli taki punkt widzenia zastosujemy to społeczność ludzka ograniczona zostanie do wszechogarniającej konstrukcji zajmującej się jedynie organizowaniem produkcji (i sprzedaży) dóbr mających przynieść zysk. A przecież istnieją sfery życia, które nie powinny w żadnym wypadku podlegać komercyjnym, rynkowym regułom. Nie jest bowiem tak „...że prawo popytu i podaży tłumaczy świat do końca; wszak nie tłumaczy nawet rzeczy tak oczywistych jak pomoc bliźniemu w potrzebie czy pragnienie posiadania dziecka i troszczenia się o nie, jak potrzeba życia w zgodzie z nieskażoną naturą i w społeczeństwie wzajemnego zaufania, dobrej woli i dobrych intencji” (Vaclav Havel). Podobne zastrzeżenia zgłaszał onegdaj wybitny filozof francuski Paul Ricoer głosząc, że powietrze przecież nie jest na sprzedaż. Przy okazji dyskusji politycznych po 1989 roku stawiał retoryczne pytanie: czy kryzys i załamanie totalitaryzmu komunistycznego, planowej gospodarki i innych wypaczeń z tym związanych nie wiedzie nas do znieczulicy na krzywdę społeczną, poniżenia i brak współczucia dla słabych, odrzuconych czy wydziedziczonych przez ślepe siły rynku. Porzucamy w związku z powyższym jakąkolwiek myśl o bonum communae. A fetyszyzacja kupiecko-konsumpcyjnego spojrzenia na życie, pod kątem ciągłej redystrybucji dóbr, buduje w nas pokłady amoralizmu.
Wolność to przede wszystkim umiejętność samoograniczania się. Ponieważ jednostkę wolną trzeba bronić przed nią samą muszą istnieć instytucjonalno-świadomościowe bariery. Trzeba też brać pod uwagę współczesny uwiąd państwa jako formy organizacji społeczeństw (w jego dotychczasowym i masowym wymiarze), ograniczającego ale i porządkującego w jakiś sposób życie społeczne i indywidualne. Instytucjonalne ograniczenia narzuca prawo, świadomościowe – postęp i edukacja oraz wychowanie i wynikająca stąd etyka. Dlatego o wolności będącej funkcją demokracji (na zasadzie sprzężenia zwrotnego) można rozważać jedynie w kontekście wspomnianej wcześniej zdolności do samoograniczenia: o tyle o ile wolność pod wpływem auto-przekonania i świadomości może nałożyć sobie sama wędzidła. Dotyczy to zarówno wymiaru jednostkowego jak i zbiorowego. No i jeszcze bardzo ważny aspekt zwłaszcza w politycznym wymiarze – zgodność haseł z praktyką, polityczna działalność kompatybilna z politycznym programem. Odnieść się to musi przede wszystkim do lewicy.
Między demokracją, a wolnym rynkiem w wydaniu laissez faire istnieje zasadnicza różnica. Nawet sprzeczność. Wolność rynku kreuje stratyfikacje, dążąc jednocześnie do koncentracji zysku, kapitału etc. Demokracja przedstawicielska to dyspersja i egalitaryzm. Czy więc demokracja nie leży w swej archetypicznej formie na antypodach nierówności, kastowości i wszelkiej stratyfikacji ? Czy model nie przystający do owej tezy nie czeka na ostateczną dekonstrukcję i uwiąd ?
Kult jakim otoczono w dzisiejszym czasie ekonomię i jej atrybuty ma coś w sobie z magii i animizmu. Są to autentyczne rozwiązania quasi-religijne o proweniencji fundamentalistycznej. Bo czymże jest fundamentalizm ? George Soros uważa, iż „Fundamentalizm zakłada pewien rodzaj wiary, która łatwo może być doprowadzona do skrajności. Jest to wiara w doskonałość, w absolut: wiara w to, że każdy problem musi być rozwiązany. Zakłada ona istnienie autorytetu wyposażonego w wiedzę doskonałą nawet jeśli ta wiedza nie jest łatwo dostępna dla zwykłych śmiertelników”. I może dlatego jest George S. tak niewiarygodny i robi za tego złego demona w całym niemal świecie. Krytykując coś a postępując tak jak to coś co podlega krytyce po prostu jest się osobą absolutnie niewiarygodną.
Każdy kult prędzej czy później stacza się ku totalizmowi. To samo dzieje się z ubóstwieniem pojęcia wolnego rynku. Podlega owo ubóstwienie procesowi na podobieństwo animizacji. Za Hanną Arendt można stwierdzić (parafrazując jej słynną sentencję o autorytaryzmie), że tyrania możliwości i wolnego wyboru odbiera tak naprawdę jednostce autonomię przyznaną przez procesy społeczne i zdobycze XX stulecia. Zatraca się człowiek w tych ciągłych niby wolnych wyborach, które w rzeczywistości nie są ani wolne, ani autonomiczne, ani świadome (zgodne muszą być z założeniami przedsiębiorczości i zyskowności, być trendy i cool w opinii mainstreamu).
Modernizm niósł kult rozumu, racjonalności i postępu przy równoczesnym ubóstwieniu osoby ludzkiej jako kreatora realności, ale członka zbiorowości, społeczeństwa, wspólnoty. Promował też związany z tym swoiście pojęty ład. Postmodernizm (którego neoliberalizm jest z bratem) kultem chaosu, ultra-indywidualizmem, przypadkowego ruchu i zygzaków w rozwoju ludzkości lansuje inne kulty, związane bezpośrednio z tyranią możliwości i totalizmem wolnego rynku. Czyli egoistycznie pojętego sukcesu. W wymiarze wyłącznie docześnie materialnym.
Dlatego też współczesnego człowieka tak zaangażowanego i tak ustosunkowanego do otaczającego świata można śmiało określić mianem hiero-oeconomicusa. To pojęcie utworzonym z przedrostka hiero – (greckie hieros: potężny, nadprzyrodzony, święty) oznaczającego świętość bądź kapłaństwo oraz fragmentu słowa homo-oeconomicus określającego człowieka ekonomicznego, kierującego się w swoim postępowaniu tylko kategoriami zysku. Zdecydowanie poszerzają zakres zrozumienia owego pojęcia starogreckie definicje takich słów jak hierofant (kapłan misteriów eleuzyjskich lub osoba wtajemniczona w porządek owych obrzędów), hierodul (niewolnik służący w świątyni Afrodyty) oraz hierodula (święta kapłanka-prostytutka, uprawiająca konsekrowany seks w świątyniach Isztar, Afrodyty, Io czy Selene). W dzisiejszej dobie będą to więc osobniki oddające cześć, jako sacrum (i tak ją traktujące) zyskowi i sukcesowi. Są zarówno jej niewolnikami, czcicielami, kapłanami, akuszerami jak i strażnikami jej dobrego imienia.
Z lewicowością ten sposób myślenia, działania, praktyki politycznej nie ma nic a nic wspólnego. Neoliberalizm zatruł jak widać powszechnie mózgi i osobowości ludzi nawet tych którzy winni doktrynalnie i ideowo być mu wrodzy.

PS: Ten wpis jest niejako uzupełnieniem i częściową odpowiedzią na tekst Jacka Uczkiewicza, działacza SLD we Wrocławiu (pozostającego jednak w opozycji do linii miejscowego Sojuszu) na swoim Blogu: >Wołanie na puszczy” – sezon II, „Dramat w trzech aktach” z dn. 19.03.2019.
Źródła samozaglady
2019-02-20 06:47:24
Polacy – to okropny naród. Zapewne, każdy
naród jest okropny, ale Polacy
odznaczają się szczególną słabością
charakteru i niewykształconą administracją.

Jerzy GIEDROJĆ

Wracając po 3 miesiącach do lektury tekstów, które ukazały się w polskich mediach z okazji 100 rocznicy odzyskania przez Polskę państwowości w listopadzie ub. roku nasuwa mi się smutna refleksja bez względu na to co się czyta w tej materii. Chodzi o różnych autorów, różnej proweniencji politycznej i różnie usadowionych na polskiej scenie publicznej. Celowo nie piszę - niepodległości, bo to po pierwsze wyświechtane i mocno nadużywane w ostatnim 30-leciu pojęcie (jego wymiar często został zwyczajnie sprofanowany przez nieodpowiedzialnych i niewykształconych polityków oraz serwilistycznych funkcjonariuszy mediów), a po drugie – niepodległość i suwerenność wiąże się nie tylko z flagą, hymnem, językiem w urzędach, polskim rządem i administracją itp. imponderabiliami, ale przede wszystkim z zapewnieniem przez rządzące elity spójności społeczeństwu, nie antagonizowania poszczególnych jego grup. Przez rządy elit mających wizję funkcjonowania państwa na przyszłość: 10, 20, 30, 50 lat do przodu. Tego po wejściu do NATO i UE zupełnie zabrakło. Dziś płacząc nad rozlanym mlekiem mainstream konserwatywno-liberalny (zwalczający - i zwalczany - konserwatywno-klerykalno-neoliberalną część postsolidarnościowych resztówek) nadal nie rozumie co i dlaczego zaszło w naszym kraju, że rządzą ludzie, nota bene ich styropianowi i awuesowscy komilitoni polityczni, prowadzący ich zdaniem kraj na manowce, a społeczeństwo do kompletnej anihilacji.
Kompromitacja chaos i totalny bałagan jakie panowały w związku z obchodami 100-lecia niepodległości są niejako zwieńczeniem procesu psucia państwa, destrukcji społeczeństwa, szczucia ludzi „Solidarności” na tych „z Polski Ludowej”, jaki trwał z różnym nasileniem od 1989 roku. I w obchodach tej ważnej dla nas wszystkich bez wyjątku rocznicy jak w soczewce ogniskuje się bezsilność, ułomność, intelektualną impotencję większości elit - tak „post-solidarnościowych” jak i „post-peerelowskich” - rządzących Polską od 1989 roku. Bo to nie w czasach rządów PiS-u słychać było głosy, że II wojna światowa skończyła się 4.06.1989 roku, że PRL zniszczył Polskę gorzej niż Adolf Hitler bądź, że demokratycznie wybranej przez społeczeństwo lewicy polskiej „mniej wolno”.
Granie na emocjach i namiętnościach tzw. polityką historyczną, preferowanie tylko jednej czarno-białej wizji historii z bezrefleksyjnym podziałem na nasi – którzy są zawsze piękni, szlachetni, mądrzy i spiżowi i oni, INNI – którymi zawsze trzeba pogardzać, stawiać do kąta i zmuszać do ciągłych ekspiacji. I dotyczy to nie tylko minionych 100 lat, ale i odnajdujemy ten właśnie gen w kulcie ziemiaństwa, w admiracji kultury dworku, w uwielbieniu sarmackich, na wpół feudalnych stosunków społecznych (które nadal jakże często na co dzień w naszym kraju funkcjonują), w potrzebie wodza, przewodnika, mocnego faceta na białym koniu, w łaszeniu się do mocarnych i pogardzaniu słabymi, wykluczonymi, gorzej sytuowanymi etc.
Ta rocznica pokazała dobitnie jak podzieleni jesteśmy, na wzór dwóch nienawistnych plemion wdychających i żyjących ciągle irracjonalnymi tradycjami i swym dziedzictwem opartym o fantasmagorie i „chciejstwo”. Co się zmieniło od opublikowania słynnego eseju Jana Józefa Lipskiego pt. >Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy< ? I rządzące elity nic nie robiły i nic nie robią aby tę plemienność zniwelować, zasypać rowy uprzedzeń i fobii, nienawiści i agresji.
Gen destrukcji, skłonności do samo-zagłady, inklinacje do irracjonalnych zachowań zbiorowych jakie tkwią w głębokich pokładach imaginarium polskiego społeczeństwa co jakiś czas dają znać o sobie. I miało to miejsce wielokrotnie w dziejach naszego kraju. Najsmutniejsze, że nie wyciągamy żadnych wniosków z tych traumatycznych doświadczeń. Tak było w okresie I RP kiedy rządząca oligarchia magnacko-szlachecka przez ponad 100 lat – od nieszczęsnych „dymitriad” i zwycięstwa kontrreformacji w Polsce - wiodła kraj świadomie i sukcesywnie ku katastrofie. Tak samo działo się przy wszystkich, obchodzonych dziś hucznie i z pompą (a nie w ciszy zadumie, refleksyjnie) narodowych zrywach: 1831, 1863, 1944. To tylko niektóre epizody z naszej historii potwierdzające istnienie owych destrukcyjnych predylekcji. Pisali o tym wielokrotnie tak różnej proweniencji publicyści i twórcy jak m.in. Stanisław i Ludwik Stommowie, Zbigniew Załuski, Aleksander Bocheński, Cyprian Kamil Norwid, Stanisław Cat Mackiewicz, Melchior Wańkowicz.
Ten gen samozagłady u którego podłoża leży całe mnóstwo romantycznych mitów i fantazmatów, jakimi jest przenicowane wspomniane tu polskie imaginarium, irracjonalizm przesiąkający znaczną część świadomości i mentalności Polek i Polaków w połączeniu z megalomanią (wzmacnianą przez specyficzną, nadwiślańską formę kultu religijnego i lokalną interpretację prawd wiary katolickiej przez Kościół) jest wyjątkowo – jak widać – groźny i szkodliwy. Zapyta ktoś co jest antidotum na te przypadłości ?
Tylko imperatyw będący parafrazą hasła jakie powiesił sobie w owalnym gabinecie, kiedy zaczynał urzędowanie wraz ze swą pierwszą prezydenturą, Bill Clinton (przypominało o gospodarce) oddaje istotę tego co winno lewicy i oświeconej części społeczeństwa przyświecać: „Edukacja, edukacja, edukacja głupcy !!!!”. Oparta o racjonalność, anty-klerykalizm (co absolutnie nie oznacza anty-religijności), demistyfikację i demitologizację czyli oświeceniowa i nowocześnie cywilizowana. I budowanie poczucia solidarnej oraz empatycznej wspólnoty nie wykluczającej i nie stygmatyzującej kogokolwiek.
Monachium 1938 - Jałta 1943 - Warszawa 2019
2019-01-16 11:12:38
Polska zniknie w samych Polakach
wtedy, kiedy będzie się im
wydawało, że mają wolność.

Katarzyna II Wielka (1762-1796)


Zbiegiem okoliczności miały ostatnio miejsce dwa wydarzenia, pozornie ze sobą nie związane, ale które wywołały w naszym kraju gorące i namiętne debaty, niejako potwierdziły „murzyńskość Polski” ([za]: Radosław Sikorski w rozmowie z Jackiem Rostowskim w >Sowa i przyjaciele<) wobec USA. Chodzi o aferę szpiegowską w tle której pozostają Chiny i ich flagowa firma Huawei oraz konferencja ds. sytuacji Bliskiego Wschodu jaka ma się odbyć w Warszawie.
Na 13-14 lutego zaplanowano w Warszawie globalne spotkanie dotyczące sytuacji na Bliskim Wschodzie. Jak sprecyzował to w amerykańskich mediach sekretarz stanu USA Mike Pompeo– zdecydowany „jastrząb” w ekipie Trumpa - w jej czasie sporo rozmów dotyczyć ma Iranu. Szczyt organizują wspólnie Polska i Stany Zjednoczone, mają do nich dołączyć kolejne kraje: na razie Amerykanie i Polacy nie poinformowali kto to będzie.
Pomijam formę przekazanej informacji i sposób jej ujawnienia: amerykański Sekretariat Stanu zawiadamia świat o organizowanym przedsięwzięciu dyplomatycznym na terenie innego kraju przed gospodarzem, stawiając tym samym dyplomację polską w niesłychanie niezręcznej, by nie rzec wasalnej, sytuacji. Potwierdza się tym samym, iż nasz najlepszy sojusznik jak od lat zapewniają kolejne ekipy rządzące nad Wisłą i Odrą (te relacje są efektem owej „murzyńskości” by iść torem przywoływanej narracji byłego polskiego Ministra Spraw Zagranicznych i wielkiego admiratora Ameryki) traktuje nasz kraj jak ubogiego sługę, lokaja, niemalże niewolnika. Potwierdza się tym samym głos jednego z urzędników Komisji Europejskiej jeszcze z 2008 ([za]: >European Voice<), iż Polska jest koniem trojańskim Ameryki w Unii Europejskiej.
Z wielu względów ta decyzja jest dyplomatycznym skandalem i tragicznym politycznie błędem:
- po pierwsze – wchodzimy jako czynny uczestnik przygotowań USA do wojny z Iranem. Do czego ta ekipa z Waszyngtonu jawnie dąży, myśląc o powtórzenie scenariusza irackiego.
- po drugie – zapalna sytuacja na całym Bliskim Wschodzie to m.in. efekt rywalizacji regionalnych mocarstw: Arabii Saudyjskiej i Iranu. A w jej tle pozostaje ponad tysiącletni konflikt rozdzierający islam – sunnizm kontra szyizm. Zajmujemy tym samym stronę pro-amerykańską i pro-sunnicką. Szkody będą dla Polski na dekady. W całym świecie islamskim i muzułmańskiej diasporze.
- po trzecie – wiadomo już (po groźnych, czemu trudno się dziwić, enuncjacjach Teheranu), że Iran to nie będzie Irak. To ponad 80 mln społeczeństwo, mające ugruntowaną tożsamość i poczucie wartości. Persja to tradycja wysokiej kultury (nawet swoista cywilizacja w skali historii świata). Na dodatek w sąsiednim Iraku po obaleniu S.Husajna olbrzymiego znaczenie nabrała wspólnota szyicka (ok. 20 mln z ważnymi świętymi miejscami dla szyizmu: Nadżaf i Karbala) mogąca w każdej chwili przyjść z pomocą „braciom w wierze”. Dodać trzeba też libański Hezbollah.
- po czwarte - jak można debatować o kimś bez jego udziału ?
I właśnie na ten aspekt chcę zwrócić uwagę, gdyż to jest najbardziej przykra i dramatyczna sprawa ponieważ uczestniczy w niej mój kraj tak tragicznie doświadczony podobnymi konferencjami w XX wieku: Monachium i Jałta. Tam załatwiano sprawy poszczególnych narodów bez ich udziału.
Zestawienie trzech miejscowości stanowiących swoistą triadę i tytuł tego felietonu jest groźnym memento, symbolem tego przeciwko czemu gorąco członkowie rządzącej w Warszawie ekipy protestują od lat, od dekad. Nic o nas bez nas – krzyczą politycy obozu rządzącego, ich medialni akolici, IPN, zwolennicy absolutnej suwerenności i niepodległości (jako najwyższych wartości). Bo podczas tych konferencji odbytych na przestrzeni 100 lat w Europie rozmawiano o …… nie obecnych uczestnikach, ustalając ich granice, gdzie decydowano o strefach wpływów i podległości poszczególnych państw, podziałach, aneksjach etc. Debatowano o nich bez nich.
Jeśli w lutym br. do konferencji w Warszawie dojdzie – a zapewne tak się stanie znając determinację ekipy Trumpa w realizacji swych szalonych projektów i traktowania Polski jako „powolnego narzędzia” amerykańskiej polityki – będzie to kolejny dramat (w wymiarze etyczno-moralnym) dla wizerunku rządzącej nami ekipy oraz kompromitacja nas wszystkich, obywateli Polski, tak na arenie europejskiej jak i światowej. Czyli – normalny wstyd dla mojego kraju.
O szkodach dla interesów Polski w świecie islamu (ponad 1,5 mld ludzi zamieszkujących ponad 60 krajów – Organizacja Wspólnoty Islamskiej) nawet szkoda mówić.
Powrót Średniowiecza (noworoczna refleksja)
2019-01-01 00:12:33
Ciemny lud to kupi
Jacek KURSKI

Z mijającego roku wiele newsów utkwić mogło w pamięci. Zwłaszcza tych dotyczących naszego kraju. Mi akurat jeden (może już aktualnie mało pamiętany i szybko znikający z medialnego przekazu, pewnie z racji swej żenady i zawstydzenia), że oto na rynku jak również w sprzedaży internetowej, pojawiła się pakowana w woreczki ziemia po której stąpał Jarosław Kaczyński. Ów amulet miał się cieszyć, niczym relikwia, sporym zainteresowaniem wyznawców kultu Prezesa PiS-u.
Inteligenckie i mainstreamowe, anty-pisowskie kręgi polskiego społeczeństwa dworowały sobie i naśmiewały się z ciemnoty PiS-owskich wyznawców. Otóż wspomniane kręgi inteligentów, mainstreamu i bezrefleksyjnych anty-pisowców zapominają jednak o tym, że to one same, ów mainstream, owi demo-liberałowie, owa inteligencja propagując kapitalizm, wolny rynek, gospodarkę rynkową i wiodąc ów „lud” ku szczęśliwości takich rozwiązań polityczno-ekonomicznych winni być w zgodzie z tym klasycznie rynkowym zjawiskiem. Jest popyt, jest podaż, jest zysk. Wszystko gra. Bo czyż to nie wy, demo-liberalna inteligencjo, dziś oburzająca się na „ciemny lud”, iż hołduje takim przesądom (nabywanie owego talizmanu, ziemi po której stąpał Jarosław K. jest swego rodzaju przejawem quasi-religijnego kultu, a poza tym: amulet chroni, ubogaca, uwzniośla), nie zachęcaliście do opowiedzenia się za kapitalizmem, gdzie „wszystko można kupić” trzeba mieć jedynie środki na ów zakup ?
Karol Marks w 7 tezie o Feuerbachu doskonale opisuje to zagadnienie. Otóż „usposobienie religijne” człowieka jest wytworem społecznym i zawsze osoba ludzka jest umocowana w określonej rzeczywistości, przynależąc do danej tej rzeczywistości zbiorowości. A mamy do czynienia z „rzeczywistością rynkową”, z ustrojem kapitalistycznym ,gdzie naczelnym kanonem jest zysk, wszystko podlega – czy nam się to podoba czy nie – tej naczelnej zasadzie. Poza tym – drodzy demo-liberałowie, tak zniesmaczeni faktem, iż „ciemny lud” kupuje takie irracjonalne gadżety: byt kształtuje świadomość (byt jako rzeczywistość nie tylko materialna ale też realność w sferze tzw. ducha, intelektu, właśnie tego co uważacie za inteligencję). A polski byt jest – dzięki waszej ignorancji i zaniedbaniom przez minione ćwierćwiecze sfer edukacji, nauki, wychowania do racjonalności i realizmu teoriopoznawczego – przesiąknięty bigoterią, dewocją, pospolitym bałwochwalstwem i kultem irracjonalizmu.
I nie mówcie, że sacrum się nie handluje. Symonia w waszym Kościele jest immanentną cechą tej instytucji od wieków.
To wasza demo-liberalna inteligencjo, drogi i oświecony (ponoć) mainstreamie znad Wisły, praktyka z lat minionych, sprzyjała takim trendom i procesom, a wy patrzyliście przychylnym okiem na wszystko co związane było, jest, co przynosi dochody i napędzą tzw. „turystykę pielgrzymkową” do miejsc pobytu Jana Pawła II. Na wszystko co z nierzeczywistym i banalnym kultem tego człowieka jest związane. Nawet stymulowaliście często takie zachowania, takie mody, nadając określone azymuty. A te wszystkie odpustowe koguciki, talerze z wizerunkiem papieża, a te masowe pomniki-kicze (stawiane za życia niczym w ojczyźnie Wielkiego Językoznawcy czy Słońca Karpat), wypasione świątynie – cytadele (wzbudzające trwogę i pokorę, nie refleksje i empatię) to coś innego ? A ampułki z krwią świętego Jana Pawła rozprowadzane jak relikwie przez jego umiłowanego Sekretarza Don Stanislao – to co ? A reklamy i czołobitność wobec pamiątek (materialnych) tzw. świętości Karola Wojtyły ? To wasze inteligencjo, mainstreamie, elito demo-liberalna i postępowe media rozbudzały irracjonalny kult tego człowieka za życia. Więc czemu się dzisiaj dziwicie ? Wczoraj Wojtyła, dziś Jarosław Kaczyński……kult jest kultem. Ma zawsze takie same źródła i formy kreacji.
To jest broń straszliwa wobec i dla waszego zdziwienia, zniesmaczenia, wysublimowanej (na pozór) pańskości, bo to prawda o źródłach tego „obciachu”, tego zaścianka, tego ciemnogrodu (jak uważacie). Po raz kolejny trzeba przywołać nieśmiertelnego Arystotelesa: „Nie poznamy prawdy, nie zgłębiając przyczyn”.
Katolicyzm w polskim wydaniu jest od dekad, od wieków (od kontrreformacji, która jak widać u nas ciągle trwa) manifestacyjnym, bezrefleksyjnym, ludycznym przedłużeniem pogaństwa z mnóstwem bożków i demonów realnie uczestniczących w życiu wspólnoty, strzyg i wodników czyhających na grzeszników na rozstajach dróg czy u wodopoju. Tabunem diabłów, rokit, borut czy smolaków, a ich alter ego są właśnie …… święci katoliccy i relikwie z nimi związane. To jest to samo co amulety, talizmany, totemy i fetysze w wierzeniach społeczności przed-nowoczesnych. One służą oddaleniu wszelkich zagrożeń niesionych przez niepojętą racjonalnie codzienność, będąc antidotum na skłonności do grzechu i wodzenia na pokuszenie.
Więc szanowny mainstreamie, droga inteligencjo, demo-liberalna elito zamiast pohukiwać, wykazywać zbrzydzenie, mówić o tym „ludzie”, że jest sfrustrowany i prostacki (Mikołejko), że to buraki i chamy (Hartman) itd. „wyjść z siebie” i spróbować „popatrzeć na siebie z zewnątrz”, pozbyć się irracjonalnych, religianckich mrzonek, zejść na ziemię, wziąć się pod rękę z racjonalnością i realizmem. No i do roboty; edukować, wyjaśniać, płoszyć demony ciemnogrodu, przeganiać złogi wstecznictwa, plewić polskość z kontrreformacyjnych trendów, karczować świadomość nadwiślańskiego „ludu” z zabobonów, magii, guseł i przesądów. Ale zacząć trzeba od siebie (Sokrates).
Edukacja głupcy, edukacja …… nie religijna, nie magiczna, nie czarnoksięstwo i prorocze wizje, ale nowoczesna, racjonalna i dzisiejsza wiedza tudzież nauka mogą tylko w tym pomóc. Ale mądrym, samodzielnie i kreatywnie myślącym, zdolnym do nieszablonowych idei idących „pod prąd” temu co sugeruje mainstream i mody, społeczeństwem trudniej (lub w ogóle się nie daje) rządzić, manipulować, wciskać mu popularny „kit”. Z tą edukacją jest jak z większością elementów budujących waszą świadomość drodzy demo-liberałowie, nabzdyczeni i popierający was inteligenci, gros żurnalistów i celebrytów pozostających na smyczy rozlicznych interesów ze sprawującym absolutną władzę kapitałem: nic nie zrozumieliście i nie rozumiecie z procesów zachodzących w społeczeństwie współczesnym, pod koniec II dekady XXI wieku. Szok wyborczy roku 2015 was tak poraził, waszą pychę i megalomanię, że tkwicie nadal w opłotkach intelektualnej bezpłodności i politycznej kastracji. I jest tak samo w Polsce jak i całej Europie (choć tu owy szok generowany jest bardziej wielopłaszczyznowo).
Era cyfrowa - szanse i zagrożenia
2018-11-06 08:06:51
Życie nie będące przedmiotem
namysłu nawet wiedząc kim był
Sokrates niewiele jest warte.

Tony JUDT

Czy era cyfrowa, która nas oplata niczym bluszcz, sieć wirtualna, bez której współcześnie już nie potrafimy w zasadzie funkcjonować, niesie nam więcej szans czy zagrożeń ? Na ten temat od lat prowadzona jest poważna dyskusja gdyż owa sytuacja zmienia zasadniczo to co do tej pory uznawaliśmy za istotę człowieczeństwa i esencję humanizmu. Nie tylko prowadzi się ją w mediach, ale na płaszczyźnie intelektualnej, naukowej, z udziałem myślicieli-intelektualistów, filozofów, socjologów, psychologów i innych specjalistów zajmujących się człowiekiem i zagadnieniami społecznymi.
Bardzo często w medialnym dyskursie na ten temat pomija się ważkie zagadnienie o którym w literaturze problemu wspominali już w przeszłości tacy autorzy jak Georg Orwell, Neil Postman, Aldous Huxley, Naomi Klein, Benjamin Barber, Jeremy Rifkin, Lester Thurow, Edward Luttwak itd. Bo ów problem nie wiąże się jedynie z cyfryzacją przestrzeni w jakiej coraz bardziej się zanurzamy. Zagrożeniem – i to poważnym – jest komercjalizacja naszej codzienności. Także poprzez przestrzeń wirtualną. Tych dyskusji nie wolno sprowadzać do prostej antynomii: pozytywy czy negatywy samej istoty cyfryzacji wobec wyzwań dzisiejszej rzeczywistości. To bowiem komercjalizacja i postępujące z nią procesy są głównymi zagrożeniami wniesionym niezwykle szeroko przez ponadnarodowe korporacje do przestrzeni wirtualnej (z racji spodziewanych gigantycznych zysków). I właśnie ten aspekt – postępująca komercjalizacja – powoduje negatywne oceny samej istoty ery cyfrowej jaka już nastała. Są to oceny negatywne dotyczące wielu dziedzin życia, zwłaszcza dla publicznego dyskursu, jakości demokracji i podstawowych swobód obywatelskich itd.
Nie high-tech i nie wytwory postępu technologicznego są więc zagrożeniem niesionym przez tak przebiegający rozwój ludzkości. To są tylko narzędzia. Zagrożenia te tkwią w komercjalizacji wszystkich dziedzin życia, a ona z kolei pociąga za sobą banalizację, karnawalizację, infantylizację, lenistwo intelektualne oraz powoduje bierność odbiorców, nastawionych jedynie na rozrywkę, bezrefleksyjną zabawę, komiks i spojrzenie na swój byt z pozycji teraźniejszości, zabawy, subiektywnego hedonizmu. Efekt – w materii dyskursu publicznego i jakości demokracji (chodzi tu bowiem o najszerzej pojęte życie społeczne) – jest taki jak prezentuje przywoływany we wstępie materiału Tony Judt. Wg niego w tak funkcjonującej przestrzeni debata publiczna przebiega w taki oto sposób, że elity (w których szeregach jest coraz więcej populistów, demagogów czy politykierów, a przede wszystkim żądnych szybkiego i sporego zysku inwestorów) mówią tłumom co mają myśleć, narzucając im czy raczej sugerując poprzez zmasowaną narrację w stylu komercyjnie nastawionej reklamy, określone wartości i rozwiązania nie zawsze korzystne z tytułu pro publico bono. Kiedy ludzie bezrefleksyjnie – w wyniku wspomnianych czynników (bo tak ukształtowana zostaje ich mentalność nastawiona jedynie na rozrywkę, a nie na samodzielne, krytyczne myślenie) - odbijają owe frazesy, elity śmiało ogłaszają, iż ich decyzje czy rozwiązania są determinowane wyłącznie społecznymi nastrojami.
Ten trend jest bardzo niebezpieczny i szkodliwy. I tu – w komercjalizacji, najszerzej pojętej, wszelkich aspektów naszego życia – widziałbym zasadnicze zagrożenia czające się w coraz szerszym dostępie, coraz szerszych mas do dobrodziejstw postępu technologicznego zwanego erą cyfrową.
I nie można zgodzić się z hurra-optymistami, którzy widzą w postępie technologicznym niezwykłe możliwości dla stworzenia „nowego człowieka”. Wspomniana komercjalizacja wirtualnej przestrzeni, zgodna z neoliberalnymi kanonami wolnego rynku w globalnym wymiarze tworzy konsumenta, nie obywatela. A to są antynomiczne moim zdaniem pojęcia. Jak zauważył amerykański myśliciel Benjamin Barber, tak skonstruowany świat czyni z ludzi bezwolne marionetki, zdolne tylko do tego, aby ciągle kupować. Bo w epoce tak zorganizowanego systemu gdzie naczelną zasadą jest „zakupizm” i rozrywka „…… staczamy się w konsumpcyjny narcyzm. Zanosi się więc na to, że miejsce szekspirowskich siedmiu aktów ludzkiego żywota zajmie dzieciństwo trwające całe życie”. A czy dziecko potrafi świadomie, racjonalnie i odpowiedzialnie wybierać ?
Krytykujmy, zwalczajmy więc nie samą cyfryzację, ponieważ to jest mniej więcej taka postawa jak niszczenie przez XIX-wiecznych robotników w Anglii maszyn wprowadzanych do procesu produkcji (gdyż sądzili oni, iż to one zabierają im miejsca pracy a nie ówczesny system kapitalistycznej, masowej produkcji), ale komercjalizację naszego życia. I kapitał za nią stojący. To jest istota owych zagrożeń i najważniejsze niebezpieczeństwa rodzące się równolegle z pogłębianiem naszej zależności od wirtualnej przestrzeni.

Salami z Biedronia
2018-09-29 08:18:54
Salami tnie się cieniutko, niemalże przeźroczyście. Aby delektować się jego smakiem i rozkoszować zapachem. To wędlina wykwintna i nęcąca podniebienie. Mówimy oczywiście o „rasowych” gatunkach salami, nie substytutach zalegających półki naszych marketów i sklepów.

Jednym z pewników, których uczy historia, jest, że rozstrzygającym czynnikiem życia zbiorowego nie są formy urządzeń, instytucje, tylko jest stan dusz ludzkich danego społeczeństwa. Nic nie pomoże najdoskonalsza ustawa, najstaranniej obmyślany ustrój, jeśli materiał ludzki jest lichy, jeśli etyka i umysłowość jednostek stanowiących społeczeństwo stoją nisko.
Stanisław WITKIEWICZ (ojciec)

Weronika Książek niedawno na Portalu STRAJK.EU w felietonie „Gównem w wentylator” (https://strajk.eu/gownem-w-wentylator/) opisując jak przedstawiciele demo-liberalnego dziennikarstwa rzucili się na (byłego już) Prezydenta Słupska w związku z aferą pedofilską w instytucji podległej słupskiemu ratuszowi – a de facto chodzi tu o stworzenie samodzielnego bytu politycznego mającego stać w opozycji do duopolu PiS vs PO sztucznie betonującego polską scenę publiczną - dała doskonały przykład właściwej dla tej grupy zawodowej mentalności oraz rozumienia pluralizmu, wolności, swobody decyzji czy wyborów, wyznawania poglądów innych niż mainstreamowe itd. I sądzić należy iż tego typu ataki będą się na Roberta Biedronia nasilać. W zasadzie to nie jest grupa zawodowa, a neoliberalne plemię, które skolonizowało zarówno przekaz publiczny w Polsce jak i tzw. władzę nad duszami i umysłami sporych grup nadwiślańskiego społeczeństwa. I dziś uzurpuje sobie jedynie-prawdziwą formę przekazu, narracji, argumentacji. Uważa to plemię, że posiadło prawdę jedyną i absolutną (zresztą ich antagoniści z PiS-u myślą tak samo, gdyż oba te klany są jak Scylla i Charybda naszego życia publicznego).
Atak więc musi iść zgodnie z emocjami. Nie po linii jakiegokolwiek meritum sprawy, a więc jak i czy zgodnie z obowiązującym prawem ów problem rozwiązano. To pospolite grillowanie dla samego grillowania. Bo ten kandydat ma szansę na przełamanie politycznej hegemonii duopolu PO i PiS i o to w tym wypadku chodzi (a de facto – POPiS-u z dodatkiem kolejnej prawicowo-neoliberalnej partyjki jaką jest .nowoczesna.pl). Chodzi o zwykłe utrącenie potencjalnego konkurenta w najbliższych wyborach bez względu na dotychczasowe deklaracje, zapewnienia i zaklęcia o wolności, pluralizmie, dobrych manierach i obyczajach .
Grillowanie Biedronia przez neo-libów – chodzi o formę, emocjonalność i sugestie że „coś niby jest na rzeczy” (jak z tym rowerem Kowalskiego co mu ukradli, a de facto to on może ukradł) – przypomina mi bardzo rozdmuchiwanie przez te same środowiska: Lisy, Olejnikowe, Kolendy-Zaleskie, Gawrylukowe, Wielowieyskie itd. sprawy Cimoszewicz vs Jarucka. I to ich afektywne, nieuczciwe i stronnicze ujadanie oraz wciskanie odbiorcy jedynej prawdy dziennikarskiej. Bo my jesteśmy demo-liberalny mainstream i my tobie ludu drogi powiemy jak jest i jak masz myśleć. A wychodzi po niewczasie, że było nie tak jak usłużni żurnaliści chcieli temu ludowi to przedstawić. To są sprawy dla wymiarów ścigania i sprawiedliwości, tu nie ma dwóch zdań. Ale im więcej jest w dziennikarskich materiałach w tego typu sprawach subiektywnych, emocjonalnych, podszytych fobiami czy sympatiami politycznymi upiększeń czy prostackich sugestii tym mi osobiście zapala się mocniej i jaśniej „czerwone światełko”. Ono sygnalizuje, iż clou zagadnienia leży zupełnie gdzie indziej niż przedstawia to grillujący taką osobę i międlący ową sprawę człowiek mediów. O ich politycznych sympatiach i zależnościach – gdyż to nie jest absolutnie niezależne dziennikarstwo, a normalny polityczny lobbing - istniejących w związku z nimi nie warto nawet wspominać. Przywołana sprawa Cimoszewicz vs Jarucka jest tego najlepszym przykładem.
A za przywoływanymi, topowymi reprezentantami mediów (trudno ich nie uważać za propagandzistów manipulujących opinią publiczną celem osiągnięcia określonych efektów politycznych zgodnych z oczekiwaniami mocodawców) wówczas stali wytrawni gracze polityczni, związani ściśle z partią „od zawsze” przestrzegającej dobrych, cywilizowanych standardów moralno-etycznych - mowa oczywiście o Platformie Obywatelskiej – Konstanty Miodowicz jr. i Wojciech Brochwicz. I dziś poczynający kroić niczym salami Biedronia żurnaliści powtarzają ów proces sprzed kilkunastu lat, gdzie utrącenie Cimoszewicza (nie z tytułu sprawy Jaruckiej, a przede wszystkim jego post-komunizmu) nie pomogło faworytowi mainstreamu, Donaldowi Tuskowi w osiągnięciu prezydentury. Wręcz odwrotnie - wprowadziło do „dużego pałacu” Lecha Kaczyńskiego, reprezentanta PiS-u i tego sposobu myślenia.







Chorwacki futbol w oparach szowinizmu
2018-08-27 14:24:45
Podczas minionych Mistrzostw Świata w piłce nożnej - Rosja 2018, futbolista chorwacki Domagoj Vida po zwycięstwie w ćwierćfinale nad gospodarzami mistrzostw, zamieścił w sieci filmik ukazujący jego radość okraszony okrzykiem „Sława Ukrainie”. Nad wymiarem i przesłaniem tego okrzyku odbyła się w polskich mediach spora celebra (zwłaszcza w społecznościowych). Chodziło o wydźwięk tego okrzyku skierowanego i wymierzonego przeciwko Rosji w związku z sytuacją na wschodzie Ukrainy.

Pewna staruszka w Sarajewie każdego roku w rocznicę
śmierci Tity zapala za jego duszę świeczkę. Otóż jest
przekonana, że Tito przyczynił sie do emancypacji
kobiet w Jugosławii, bo zdjął muzułmankom hidżaby.
Jej prawnuczka nosi hidżab i ma pretensje do
prababki o jej wyemancypowaną przeszłość

Dubravka UGRESIČ (chorwacka literatka, reżyserka, zmuszona przez profaszystowski klimat w Chorwacji do emigracji)

Polskie media społecznościowe – gdzie upowszechniano ten filmik – kastrowały go jednak powszechnie. Nie jest znana jego druga część gdzie Chorwat krzyczy „Belgrad gori”. A to znając historię Bałkanów (dawną i najnowszą) ma już wymiar jednoznaczny – pochwała nacjonalizmu (by nie rzec dosadniej – szowinizmu i faszyzmu) chorwackiego. W takim kontekście na pewno nie niosą one „pro-wolnościowego” i „pro-demokratycznego” wydźwięku, jak chciało to widzieć w Polsce wiele osób. I nie ma znaczenia wyjaśnienie rzeczonego futbolisty, że okrzyk „Belgrad gori” dotyczył …… restauracji w Kijowie ! Późniejsze wydarzenia w Zagrzebiu przeczą temu wyjaśnieniu.
Ale ad rem.
Vida opublikował owo wideo tuż po wygranym ćwierćfinale mistrzostw świata, w którym Chorwacja wyeliminowała reprezentację Rosji po serii rzutów karnych. Obrońca strzelił w tym meczu gola w 101. minucie i wyprowadził Chorwację na prowadzenie. Po zakończeniu spotkania nagrał wspomniany filmik z byłym kolegą z drużyny Ognjenem Vukojevičem, pracującym jako członek sztabu Chorwatów, w którym dedykuje zwycięstwo Ukrainie. A konkretnie - ukraińskim, faszystowsko-banderowskim tradycjom niezwykle popularnym nad Dnieprem i Dniestrem. Korzenie i genezę tych okrzyków oraz określoną mentalność i klimat obecny także wśród piłkarzy chorwackich, ukazuje jednak powitanie futbolistów w Zagrzebiu. Potwierdzają się fakty o gloryfikacji ustaszowskiej – czyli niezwykle brutalnej wersji faszyzmu obecnego w historii Chorwacji – w przekazie jaki jest preferowany przez rządzące tym krajem, przynależnym do Unii Europejskiej, elity i jak ten przekaz jest obecny w świadomości sporej części chorwackiego społeczeństwa.
M.in. z racji krytyki tej sytuacji cytowana we wstępie Dubravka Ugresič musiała opuścić Zagrzeb przenosząc się do Holandii (nacisk tzw. opinii publicznej, groźby, inwektywy i niemoc czy raczej abdykacja władzy admirującej czy popierającej ustaszowskie tradycje).
Chorwacki piosenkarz Marko Perkovič, lider zespołu rockowego >Thompson<, nie ma prawa występować na terytorium kilku europejskich krajów, w tym m.in. Serbii, Holandii, Niemiec czy Szwajcarii. Powodem jest apologia zbrodniarzy wojennych, nazistowskiej historii Chorwacji i sojuszników państwa Paveličia z czasów II wojny światowej. M.in. wykonuje utwory gloryfikujące zbrodnie w Jasenovacu czy Starej Gradišce (ustaszowskie obozy koncentracyjne – Jasenovac to bałkańskie Auschwitz). Od 2008 roku jest klasyfikowany przez specjalistyczne media jako trzecia najbardziej wpływowa osoba w chorwackim show-businessie.
Zawodnikom kadry Hrvatskiej nie przeszkadzało to jednak wcale. Podczas świętowania zdobycia srebrnego medalu na placu w stolicy kraju dali do zrozumienia, że ekstremista jest ich bliskim kumplem. Gwiazda Realu Madryt Luka Modrič, czołowy gracz Barcelony Ivan Rakitič, a także selekcjoner reprezentacji Chorwacji Zlatko Dalič i znaczna część piłkarzy z radością przyjęła obecność Perkovičia w odkrytym autobusie, który obwoził kadrę po Zagrzebiu wśród wiwatujących tłumów. Na ulicach zebrało się ponad pół miliona obywateli witających swoich bohaterów. Wraz z piłkarzami otrzymali jednak gloryfikatora Niezależnego Państwa Chorwackiego, czyli tzw. ustaszy, którzy odpowiadają za metodyczną zagładą prawie miliona ludzi - prawosławnych Serbów, Żydów, Romów - podczas II Wojny Światowej. Jakże wymowny to symbol i przesłanie, dające dowody na źródła okrzyku Vidy, krytykowanego jako prowokacyjnego, wyzywającego, szowinistycznego.
Perkovič jest jednym z tych, którzy uważają, że Chorwaci nie powinni się wstydzić tego mrocznego okresu. W wywiadzie dla stacji RTL przyznał, że do udziału w fecie zachęcili go sami piłkarze i selekcjoner kadry: „…. Dalić i Modrič zadzwonili do mnie i powiedzieli, że mam wejść na autobus i jechać z nimi na główny plac. Zapytałem wtedy: czy jesteście pewni? Odpowiedzieli: chodź, bądź z nami” – powiedział zwolennik ustaszowskiej wersji faszyzmu dodając jeszcze, że to nie czas na negatywne myślenie.
Koncerty Perkovičia zaczynają się zwykle od zawołania „Za dom spremni” – hasła ustaszy, będącego chorwacką wersją „Heil Hitler”. I takie właśnie hasło padło z autobusu wiozącego świętujących piłkarzy. Perkovič był zachwycony całą uroczystością: „ …To było niesamowite, tak wiele dobrych emocji w naszych graczach, którzy cieszyli się razem z tłumem. Doświadczyłem wiele dobrego, ale to przebiło wszystko (…) To po prostu patriotyczne emocje” – powiedział Perkovič w rzeczonym wywiadzie..
Faszyzm stał się częścią „salonu” cywilizowanej i kulturalnej, demokratycznej i pro-wolnościowej Europy (widzimy ten proces przebiegający od lat i u nas) wraz z uznaniem komunizmu i komunistów za demony i demiurgów całego zła w historii. Zła absolutnego i piekielnego. Tym samym faszyści są złem mniejszym, bo zabijali komunistów czyniąc świat lekko lepszym. Tolerowana i admirowana przez liberalnych demokratów ultra-prawica, skoczy do gardeł z czasem całej lewicy (od komunistów przez soc-liberałów po socjaldemokratów) by na koniec zagryźć owych liberalnych demokratów. „Historia uczy, że ludzie niczego się z niej nie nauczyli” (Georg F. Hegel)
Helsinki - lipiec 2018 (garść refleksji)
2018-07-27 17:36:45
Niewielu komentatorów zachowuje racjonalność i pragmatyzm oraz chłodne podejście wobec spotkania Prezydentów dwóch super-mocarstw nuklearnych – Donalda Trumpa i Władimira Putina. I co ewentualnie może się w jego wyniku wydarzyć dla świata, Europy i Polski. W najbliższym czasie sądzę, że raczej nic. Świadczą o tym choćby enuncjacje gospodarza Białego Domu już w Ameryce, które zresztą nie odbiegają zbytnio od chaosu i przypadkowości wypowiedzi, emocjonalnego nie zrównoważenia Donalda Trumpa jako polityka, powszechnie ocenianego jako osoby nie wiarygodnej bo co rusz zmieniającej zdanie (czy jakikolwiek ustabilizowany i pogłębiony intelektualnie sąd na jakikolwiek problem współczesnego świata do tej pory on zaprezentował ?).

Rex regnat sed non gubernat *
Jan ZAMOYSKI (Sejm RP, 1605 r.)

Nikt nie zwraca uwagi na lobbies jakie otaczają zarówno gospodarza Kremla jak i Białego Domu. Zwłaszcza kiedy weźmiemy pod uwagę – nawet w perspektywie stosunków jakie panują w Moskwie – rolę mega-kapitału w dzisiejszym świecie i jego interesów. Interesów lobbies militarno-naftowego w USA (przebiegających „w poprzek” podziałów demokraci vs republikanie) nie sposób przeceniać w aktualnej polityce USA i wojen prowadzonych na całym świecie od ponad dwóch dekad. Dotyczy to także – symetrycznie - tzw. „siłowników” w Rosji.
Po kolapsie ZSRR i obozu realnego socjalizmu trzeba było istnienie jakiegoś wroga podtrzymać dla funkcjonowania wspomnianych źródeł pomnażania kapitału. Ponowna materializacja absolutnego zła – dziś to Rosja, Chiny, Korea Północna czy Iran (o ISIS, al-Kaidzie czy całym problemie terroryzmu islamistycznego nikt de facto już zbytnio nie pamięta) – pozwala tej sferze gospodarki pozyskiwać kolejne fundusze i pomnażać swoje horrendalne zasoby. Zresztą, USA wydają przez cały czas od 1991 roku na zbrojenia tyle ile cała, licząca się w dziedzinie produkcji i handlu bronią, reszta świata.
Powszechne nad Wisłą i Odrą jest mniemanie, iż to Rosji zależy (i miało zależeć od dawna) na rozbiciu czy osłabieniu UE. Nie twierdzę, że elementów czy ciągot takich w polityce Kremla się nie dostrzega. Choć uważam, iż Rosjanie (zresztą podobnie czynią to i Chińczycy czyli mega-gracze geopolityki światowej) grają na wiodący tandem UE: Niemcy i Francję. I to w takiej kolejności. Rosjan do takiej postawy pobudza jeszcze historia i ich skomplikowane, trudne acz przeważnie pragmatyczne stosunki: z Niemcami i do samych Niemców, ich kultury, rozwiązań cywilizacyjno-kulturowych itd. Zresztą Niemcy podobny stosunek – oparty o pragmatyzm i racjonalność – mają do Rosji i Rosjan.
Ale to Ameryka od lat – oczywiście w bardziej subtelny sposób niż robi to Trump – grała na osłabienie albo na uwiązanie UE na swojej smyczy i niedopuszczenie do tego aby Unia stała się jednolitym organizmem politycznym i tym samym żeby nie mogła wybić się na niezależność od Wuja Sama. W wielu aspektach. Np. NATO i wiodąca w nim rola USA – ze zrozumiałych względów (przede wszystkim wspomniane wydatki na obronę oraz agresywną politykę globalną, którą można nazwać nowoczesną „polityką kanonierek”) – było tego przejawem, formą nacisków do tej pory subtelnych i zakulisowych (bo to są kanony dyplomacji i polityki na najwyższym poziomie).
Trump zaś to jednak jest coś innego. To wytwór i egzemplifikacja tzw. amerykanizmu (w najgorszej wersji) podlanego neoliberalnym, kupiecko-biznesowym sosem. Politykę traktuje jak firmy, którymi zarządzał. Zyski – straty, tu odpuszczam aby zaraz gdzie indziej zyskać. Dziś, natychmiast, żeby to medialnie i PR-owo było zakomunikowane publicznie. Narcyz, sobek, egocentryk zawsze tak działa, mając jeszcze sukcesy w tzw. biznesie, traktujący pieniądze i posiadane dobra jako dowód słuszności swej drogi życiowej oraz dokonywanych wyborów, które winne być przez całe otoczenie podziwiane. I to ma być drogowskazem, wektorem, kultywowanymi wartościami, przez wszystkich, najlepiej przez cały świat.
Aktualny Prezydent USA brutalnie i bez żadnych upiększeń, subtelności i niuansów realizuje zasadę obowiązującą w biznesie (ale taktownie przez polski mainstream przemilczaną) dot. eliminacji konkurenta jako formy rywalizacji o rynki; UE mogłaby być po politycznym zjednoczeniu nie tylko konkurentem ale i grabarzem amerykańskiej hegemonii w ramach cywilizacji tzw. Zachodu. Unia jeśliby udało się scalić ten organizm politycznie, usprawnić i ujednolicić prawo oraz przynajmniej narzucić całemu temu towarzystwu krajów i państewek główne przepisy i kanony byłaby na pewno elementem mogącym zagrozić hegemonii nie tylko USA ale i Chin. Nikomu – nie tylko Rosji (u nas źródła tych katastroficznych przypuszczeń i zaklęć tkwią w rusofobii naszych elit) – na tym nie zależy. USA może najbardziej. A nad Wisłą i Odrą wedle naszego „chciejstwa”, idealistycznej wiary w „american dream” i związanego z tym horrendalnego serwilizmu elit królują zaklęcia, mity, legendy i radosna, irracjonalna twórczość.
Komiczny polityk rosyjski – coś na kształt Trumpa – Władimir Żyrinowski (w klasycznej retoryce i optyce, śmiesznej i groteskowej ale w tej akurat wypowiedzi jest głęboki sens) w jednej z debat politycznych w rosyjskiej TV powiedział coś bardzo istotnego, jeszcze przed spotkaniem Putina i Trumpa: Amerykanie chcą nas odciągnąć od Chin i Iranu, nawet poświęcą dla tego Ukrainę, Syrię i Europę Środkową. Bo duopol Chiny – Rosja jest nie do pokonania za 20-30 lat. Jesteśmy z Chińczykami na siebie skazani, gdyż „wróg naszego wroga musi być naszym sojusznikiem”. Dla „Kitaja toże”. Amerykanom i Trumpowi, chodzi o Chiny. Oni - Amerykanie - nas zjedzą jak było za Jelcyn. Nota bene – nie tylko Żyrinowski uważa, iż wtedy Rosja „uciekła spod topora całkowitego rozpadu i degrengolady” celowo realizowanej przez Zachód.
Tło tej wypowiedzi to emanacja odwiecznej walki w Rosji pomiędzy tzw. „zapadnikami” vel okcydentalistami, a „narodnikami”, słowianofilami, zwolennikami Rosji jako cywilizacji euroazjatyckiej, zbudowanej na delikatnej symbiozie kultur: prawosławnej, islamskiej i judaistycznej (kłania się też tu Huntington ze swoim zderzeniem cywilizacji). O tym w Polsce nikt nawet nie myśli – o wiedzy na ten temat nawet nie ma co wspominać – bo o Rosji tylko negatywnie, emocjonalnie, zjadliwie i z prześmiewczą wyższością wedle sprawdzonego schematu „zawodowego opluwacza wszystkiego co rosyjskie, pana Wacława Radziwinowicza” ([za]: L.Stomma, >Mundial, mundial i już po<, PRZEGLĄD nr 30/968 z dn. 23-19.07.2018). Nigdy racjonalnie i pragmatycznie.
Abstrahując od wszystkiego, jeśli spotkanie Trump – Putin, przyczyni się do zmniejszenia w jakimkolwiek stopniu napięcia między tymi mega mocarstwami nuklearnymi i tym samym obniży się prawdopodobieństwo wybuchu jądrowej pożogi mogącej spopielić świat – a nasz kraj w takiej sytuacji przede wszystkim – będzie to niewątpliwy sukces Helsinek AD’lipiec 2018. Zniesmaczonym i zawiedzionym – militarystom i tęskniącym za kolejnymi polskimi ofiarami w następnym, bezsensownym boju, rusofobom i fundamentalistom religijnym chcącym nieść „jedyną i prawdziwa wiarę na heretycki Wschód” – przytoczę tylko powiedzenie króla Francji Henryka IV z Nawarry; „Paryż wart jest mszy”.
Gdyby w Polsce politykę traktowano jako sztukę tego co możliwe i naukę tego co relatywne (Henry Kissinger) - czyli osiągania określonych celów w danych warunkach i zapewnianie krajowi oraz społeczeństwu z tych efektów maksymalnych korzyści – a nie jako afirmację i manifestację swoich uprzedzeń, fobii, kompleksów, mitów i fantazmatów (przywołując historię i wybiórcze traktowanie, bez symetryzowania i opisowego balansu, dzieje polsko-rosyjskich relacji) na pewno nie byłoby tylu zaskoczeń, kwasów, nieporozumień, konfuzji i żalów. Stosunki międzynarodowe i dyplomację – całą politykę – traktuje się bowiem u nas emocjonalnie więc efekty są właśnie takie.
Świat się diametralnie zmienił. Upadek Muru Berlińskiego i kolaps ZSRR (oraz obozu realnego socjalizmu) nie ma już żadnego znaczenia. My tego nie chcemy widzieć i żyjemy w świecie post-zimnowojennym lub nawet zimno-wojennym celebrując skok Lecha Wałęsy przez mur Stoczni Gdańskiej, porażkę Armii Radzieckiej w Afganistanie, dokonania Jana Pawła II itd. To pokryte kurzem czasu drogowskazy, nie mające we współczesnym świecie zbyt wielkiego materialnego i politycznego (poza symboliką i mitologią) znaczenia.
Centrum świata przeniosło się nad Pacyfik, do Azji. Tam bije jego kapitalistyczno-neoliberalne centrum. Chiny, Korea Pd., Japonia, rosyjska Syberia, ale i Tajwan, Wietnam, Singapur, Indonezja, Malezja i Indie…… Co my o nich wiemy, o ich rozwoju, znaczeniu w gospodarce i roli w światowej wymianie towarów, kapitału, idei ?
My trwamy nadal w micie przynależności do tzw. Zachodu (którego de facto od dawna już jako całości i jednolitego bloku nie ma). Elity europejskie jeśli nie pójdą po rozum do głowy to spowodują, że spełni się sentencja jaką wyraził przed ponad 50 laty Wielki Sternik – Mao Zedong – w wywiadzie dla zachodnio-europejskiej agencji prasowej: na pytanie co sądzi o Europie odpowiedział z charakterystyczną, chińską dezynwolturą – „Europa, a to taki mały półwysep daleko na zachodnim krańcu Azji”.


*-król panuje ale nie rządzi

(Cały artykuł ukarze się w internetowym wydaniu PRZEGLĄD-u)
Odwrót sekularyzmu czyli salut dla nowego Średniowiecza
2018-06-19 09:47:38
Zaprawdę Bóg jest moim Panem i waszym Panem.
Czcijcie go. To jest droga prosta.

Koran, sura Maria 19,36

1/ Sześć zasad Brooksa
Amerykański neokonserwatywny publicysta David Brooks zauważył, że „Zwolennicy sekularyzmu trwają w błogiej nieświadomości zachodzących wokół zmian. Niczego się o religii nie nauczyli, ani w kraju, ani za granicą. Gdy wokoło przewala się Niagara religijnego zapału, oni tkwią w swej suchej norze jak w zaścianku, bez pojęcia o czymkolwiek”. Opracował on sześć przyczynków do porzucenia ułudy sekularyzmu, jego nieuchronności i postępowości. Są to elementy typowe dla krucjaty, celem której byłoby sakralizowanie na nowo życia postmodernistycznych, liberalnych, ale i lewicowych, elit współczesnego świata.
- Uzmysłowienie zwolennikom sekularyzmu, iż nie stanowią oni normy w zachowaniach społecznych. Są po prostu mniejszością, unikatem, który należy poddać badaniom naukowym z tytułu, iż nie czują obecności Boga w życiu codziennym, nie poświęcając swego indywidualnego czasu na rytuały czy modły (będące kontaktem z Absolutem) i zaprzeczeniom kreatywnej roli bóstwa w życiu publicznym.
- Spowodowanie, aby odrzucili oni tezę, iż triumf liberalnej demokracji w skali całego globu jest nieunikniony. Sytuacja w wielu krajach przypomina bowiem Średniowiecze: słabe rządy, bądź brak jakiejkolwiek władzy, powszechna anarchia, armie misjonarzy oraz wielopłaszczyznowe konflikty religijne.
- Zwrócenie powszechnej uwagi na nieznanych liberalnym, globalnym elitom mistyków i kaznodziei amerykańskich, takich jak Tim LaHaye czy Jerry B. Jenkins, których książki rozeszły się w USA w nakładzie 42 mln egzemplarzy. David Brooks zauważa, że najpopularniejsze (obecnie liberalne) media winny więcej mówić i pisać o religii, ale na zasadzie prozelickiej i misjonarskiej, a nie sensacyjnej i naukowo-sceptycznej.
- Absolutne odrzucenie materialistyczno-przyczynowego wyjaśnienia zjawisk religijnych w kontekście społecznym. Brooks krytykowaną manierę badań socjologiczno-religioznawczych porównuje do skompromitowanych jego zdaniem teorii walki klas Karola Marksa, bądź maksymalizacji zysku neoliberalnej ekonomii spod znaku Miltona Friedmanna czy Fridricha von Hayeka. Ponieważ religie są wynikami impulsów, odczytywaniem idei, indywidualnych aktów wiary nie można przedkładać w tłumaczeniu motywacji religijnych rachunku zysków i strat.
- Jego zdaniem, religia porządkuje właściwie świat wartości: zło nazywa złem, a dobro – dobrem. I jest to dla porządku boskiego, którego realne istnienie jest absolutną koniecznością społeczną, ostateczną egzemplifikacją. Brooks wypowiada się w tym punkcie za rozpadem dotychczasowego podziału na lewicę i prawicę, deprecjonując oczywiście dorobek tej pierwszej, obwiniając ją za sceptycyzm wobec wiary, sekularyzację i laicyzację codzienności oraz postmodernistyczne spojrzenie na rzeczywistość.
- Eschatologizacja codzienności Ameryki jest pozytywnym zjawiskiem, zaś ta część elit (jak by można je określić – postmodernistyczno-liberalna), które ową sytuację kontestują, są w zdecydowanej mniejszości i stanowią rezerwat oraz wdzięczne pole dla wspomnianych badań naukowych.

2/ Skutki wyalienowania elit
Pluralizm, tolerancja, wolność jednostki, zrozumienie dla INNEGO, demokracja, liberalizm nie są więc obecnie w tym renesansie wierzeń religijnych trendy. Bo być nie mogą. Uznane zostały powszechnie, przez krytyków – i tak też są odbierane przez coraz liczniejsze odłamy coraz większej liczby społeczeństw (do tej pory uznawanych za demokratyczne, otwarte, wolne i pluralistyczne) - za hedonistyczne, bezbożne, permisywne i niemoralne. Tak się dzieje, gdyż elity społeczne po bankructwie praktycznego projektu Ostatniej Wielkiej Idei wyalienowały się w swoim świecie Dobra - dla siebie i w sobie. Ten proces doprowadził, iż owe elity: kulturowe, ekonomiczne, polityczne, menadżersko-biznesowe, urzędnicze, dziennikarskie etc., przekształcają się powoli w elity instytucjonalno-dynastyczne. Nadają kierunek, wytyczają horyzonty, wygłaszają opinie ale tej reszty kłębiącej się na dole nie widzą, nie mają z nią żadnego styku, żadnego kontaktu poza wirtualnym.
Jak uważa Zygmunt Baumann - są nie z tego świata. A głosili i głoszą swoje racje, a najważniejsze – działają, jak najbardziej w tym świecie doczesnym. Zazdrośnicy, zawistnicy, ci INNI muszą tylko patrzeć na nich z podziwem, niczym ofiary grodzenia gruntów w Anglii u progu nowoczesności, kiedy bez pytania, odgrodzono ich od miejsc będących jeszcze wczoraj wspólnotą materialną i duchową. Nie dano im jednak nic w zamian. Idei już nie ma, jest twarda ekonomiczna rzeczywistość. Ponieważ materialna i „duchowa nędza naszych czasów stała się nie do zniesienia”, w to miejsce awansują różni szarlatani, duchowi kuglarze, szalbierze, zwykli integryści, fundamentaliści czy fanatycy, chcący cofnąć wehikuł historii.
Tu wychodzi na jaw dwoistość, antynomiczność i wewnętrzna sprzeczność a przede wszystkim jej niekonsekwencja liberalnej części elit kultury Zachodu o których wspomina przywoływany wcześniej Baumann. Elity te, jako liberalne, wbrew głoszonym zasadom, promowały w różny sposób, najczęściej krucjatowy, swe idee na całym świecie. Jest to z gruntu sprzeczne z multilateralizmem, wolnością wyboru czy lokalnymi doświadczeniami i historią innych kręgów cywilizacyjno-kulturowych.
Patrząc na sprzeciw wobec tych praktyk (będących często opozycją wobec metody, nie samych idei) poza łacińsko-atlantyckim kręgiem cywilizacyjno-kulturowym (czyli poza judeochrześcijańską tradycją), elity te nie zauważyły, że w ramach naszej kultury odrodziła się potężna opozycja, analogicznego chowu. Wykorzystuje ona religię jako taran przeciwko postępowi, liberalizmowi i wolności. A proweniencja tej opozycji jest analogiczna jak fundamentalistów i fanatyków islamskich, hinduistycznych czy wyznających judaizm.
Dochodzi w końcu do tego, iż pluralizm i wielość rozwiązań cywilizacyjno-kulturowych są na świecie zagrożone właśnie w związku z ekspansywnością i opresyjnością kultury Zachodu, będącej formą krucjaty. Zarówno religijnej, ekonomicznej, cywilizacyjno-kulturowej jak i mentalnej. A przecież to właśnie kultura Zachodu głosi od przeszło 300 lat wolność, demokrację, równość i swobody w kultywowaniu inności. Nie wspominając o braterstwie i miłości bliźniego, nierozerwalnie związanymi z chrześcijaństwem.

3/ Wywołanie wilka z lasu
Zachowując się jak rycerze krzyżowi, nietolerancyjnie, wrogo wobec wolności i cynicznie traktując pojęcie demokracji, mimo woli wywołano wilka z lasu we własnym domu. Teraz dorobek Oświecenia jest atakowany z dwóch stron – od wewnątrz i z zewnątrz. Ta ofensywa wszelkiej konserwy jest o tyle niebezpieczna, że elity są wyalienowane ze społeczności lokalnych, narodów czy innych większych grup społecznych. Poczuwają się raczej do ponadnarodowych, ponadklasowych, ponad-rasowych czy ponad-konfesyjnych więzi korporacyjno - klanowych. To, iż po swej stronie mają prasę i media, o niczym jeszcze nie świadczy i nic nie znaczy. Bo przeciwnik też okopał się na tych samych pozycjach. Dżihad, walcząc z McŚwiatem (żeby przywołać paralelę Benjamina Barbera), posługuje się skutecznymi metodami utożsamianymi do tej pory jednoznacznie z nowoczesnością. I dlatego to jest podwójnie niebezpieczne.
Krucjata jest jedną (i nieodłączną) z form prozelityzmu czy apostolstwa immanentnych chrześcijaństwu, islamowi czy hinduizmowi (zresztą w każdej religii tkwi pierwiastek eksportu wiary – w najmniejszym stopniu dotyczy to ortodoksyjnego judaizmu, gdzie wiara religijna jest związana bezpośrednio z pochodzeniem etnicznym). To połączenie walki i wiary religijnej, cnót rycerskich, męskich i sił witalnych z bogobojnością, idealizmem, potrzebą transcendencji i poddaństwem.
Rewitalizacja wierzeń religijnych, wzrost liczby ortodoksyjnych zwolenników i fanatycznych wyznawców grozi – przy równoczesnym postponowaniu wszystkiego co nowoczesne, modernistyczne czy neutralne światopoglądowo – powrotem dawnych czasów krucjat, ostracyzmu wobec INNEGO czy aktami przemocy w stosunku do niewiernych. O ateizmie i agnostycyzmie nie warto tu nawet wspominać. Zwłaszcza, gdy do tego dochodzi wszechobecny uwiąd racji rozumu i deprecjacja empirii w stosunku do mistyki, ezoteryki, okultyzmu, osjanizmu czy zwykłego transcendentalnego szaleństwa. Te tendencje uwalniają z kolei ludzi w nich pogrążonych od samych siebie, od wolności, od decydowania i odpowiedzialności, od samodzielnego i krytycznego myślenia, od autonomicznych i bezstronnych wniosków.

4/ Nowy porządek świata
Typowym przykładem takiej krucjaty jest wielonakładowa książka pt. „Nowy porządek świata” tele-ewangelisty, niedoszłego prezydenta USA, Pata Robertsona, jednego z prominentnych reprezentantów Nowej Prawicy Chrześcijańskiej w USA (przy którym niegdyś niedoszły, a niesławnej pamięci komisarz UE Rocco Buttiglione lub Jarosław Gowin jawią się jak skrajni libertyni) która zdominowała na przełomie tysiącleci amerykański dyskurs publiczny w przedmiocie kontrowersji światopoglądowych oraz codziennej praktyki demokratycznego państwa. Książka ta, zajmująca w swoim czasie pierwsze miejsce na liście bestsellerów New York Timesa jest swoistym manifestem przeciwko spiskowi pijaków, narkomanów i handlarzy narkotykami, komunistów i socjalistów, dyktatorów różnej maści, chciwych handlarzy pieniędzmi i bankierów, rewolucyjnych skrytobójców i pro-aborcjonistów, tzw. jajogłowych, liberałów, zboczeńców, cudzołożników i ateistów. W tej światowej konspiracji przeciwko Dobru znaleźli się zdaniem Robertsona także luminarze postępu i wolności, ONZ i jego wszystkie agendy oraz światowa masoneria. Nie może zabraknąć w tym gronie wszechobecnych, ciągle spiskujących Żydów. Wszyscy oni „próbują zniszczyć wiarę chrześcijańską”, a przecież „jedyny sposób na porządek i pokój na świecie to przestrzeganie dziesięciorga przykazań”.
Tego typu postawy i poglądy zdobywają, niestety, coraz szerszy oddźwięk w opinii publicznej współczesnego świata. Wygląda na to, że nie chcemy mieć nic wspólnego z wartościami utożsamianymi z elitami. Odrzucamy to, co w jakikolwiek sposób kojarzone jest z wredną, samolubną oszukańczą i bezczelnie bogatą socjetą nadającą kierunek rozwoju i wizję dzisiejszej rzeczywistości.
Powtórka z historii staje się więc całkiem realna, gdyż zacietrzewienie, nienawiść i żarłoczna chęć naprawy (czyli powrotu do dawnych, dobrych czasów paternalizmu) po stronie czystych, nieskazitelnych oddziałów i coraz liczniejszych zastępów Osobistych Przyjaciół Pana Boga (różnych denominacji) jest przerażająca.
Pocałunek Almanzora
2018-05-19 07:46:46
Pocałowaniem wszczepiłem w duszę
Jad, co was będzie pożerać,
Pójdźcie i patrzcie na me katusze:
Wy tak musicie umierać

Adam MICKIEWICZ

Chichot historii i zatoczeniem jej nieuchronnego koła jest to co wydarzyło się w słynnej Sali BHP Stoczni Gdańskiej w dn. 14.04.2018. To tu, w historycznym i symbolicznym miejscu (Polacy uwielbiają symbole, zwłaszcza te natury metafizycznej i patriotyczno-wzniosłej) członkowie ONR w charakterystycznych czarnych bluzach, z opaskami z symbolem falangi na lewym ramieniu obchodzili 84 rocznicę powstania swej organizacji. Etniczna homogeniczność, rasizm i ksenofobia zastąpiły – jak wskazuje wielu zniesmaczonych tym faktem obserwatorów polskiego życia publicznego – idee uniwersalizmu i walki o godność człowieka. Czy aby na pewno tak dzieje się dopiero teraz ?
W sobotę 14.04.2018 odbyła się również współorganizowana przez ONR pielgrzymka na Jasną Górę. Przeor klasztoru na Jasnej Górze o. Marian Waligóra zapewniając w kazaniu do narodowców, że sanktuarium jest otwarte dla wszystkich pielgrzymów, a zabronienie komukolwiek modlitwy byłoby niezgodne z nauką Kościoła katolickiego dodał, iż „…..nie wolno naszej kultury, tożsamości, przekonań zamienić na jakiś pogański chlew". Wielce wymowne – nie tylko symbolicznie – to stwierdzenie, bo to jest właściwe clou polskiego katolicyzmu i lokalnego, nadwiślańskiego Kościoła rzymskiego.
Warto przypomnieć, że wobec ONR toczą się w tej chwili, z zawiadomienia Ośrodka, Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, śledztwa związane z propagowaniem faszyzmu i nazizmu. Prowadzą je m.in. prokuratury w Białymstoku i Łodzi. Zanotowano wśród zgromadzonych na Sali BHP w Stoczni Gdańskiej te same osoby które dwa lata temu w marszu ONR w Białymstoku publicznie nawoływały do mordowania obywateli Izraela.
Na obecność ONR w Sali BHP zareagował legendarny trybun ludowy i pierwszy Przewodniczący „Solidarności” Lech Wałęsa: "Czy o takie wartości Polacy walczyli w Grudniu 1970 i Sierpniu 1980 w Gdańsku ? Pytam się, kiedy ich PiS zdelegalizuje ?" – napisał na Twitterze.
Czy aby na pewno tak dzieje się dopiero teraz ? I czy tak jednoznaczne wnioski można wyciągać zarówno z ONR-owskiego „partheitagu” odbytego w historycznej Sali BHP gdzie urodziła się „Solidarność”, która ma być symbolem anty-wartości niesionych przez ONR, jak i z chłodnego, bez-emocjonalnego dziś (po ponad 40 latach) spojrzenia na tamte wydarzenia zmieniające bieg historii nie tylko w naszym kraju ? Czy ten pocałunek polskiego antysemityzmu, przaśnego tradycjonalizmu, klero-szowinizmu, peryferyjnego i dawno przebrzmiałego konserwatyzmu zawłaszczający obecnie wszystko co można podciągnąć pod pojęcie polskości, winien być zaskoczeniem ? Czy nie jest to droga, którą „Solidarność” podążała nie tylko w czasach szefowania jej przez Mariana Krzaklewskiego, Andrzeja Śniadka i Piotra Dudę ?
Oczywiście protesty robotnicze (dziś mówi się o pracobiorcach bo klasa robotnicza – ten hegemon realnego socjalizmu – dziś jest liliputem wobec tamtego środowiska, tak pod względem ilościowym jak i znaczenia oraz prestiżu, przynajmniej retorycznego) w lecie 1980 roku z których narodził się Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” miały wybitnie klasowe podłoże. I w tej materii – godność (człowieka pracującego w najszerszym tego słowa znaczeniu), szacunek (ale ze strony ówczesnej warstwy menadżerskiej), właściwa płaca pozwalająca na owo godne życie (czyli zapewnienie wynagrodzenia przez państwo będące właścicielem środków produkcji i pracodawcą) – były to na pewno idee wzniosłe i uniwersalne. Na wskroś humanistyczne. Czy jednak narodowo-podniosłe, naszpikowane jak zawsze w Polsce niezliczonymi fumami i kompleksami, hasła i postulaty (jakie wtedy już się pojawiły) można uważać za takowe ? Czy niosą one, biorąc pod uwagę polskie doświadczenia z okresu tak gloryfikowanej przez część elit solidarnościowych tradycji i tożsamości rodem z II RP, humanizm, idee oświeceniowe, otwartość, zrozumienie i tolerancję ? Getto ławkowe, „numerus clausus” na uczelniach, pogromy Żydów organizowane przez ONR i Falangę, nawoływanie przez najwyższych urzędników państwowych (m.in. Premiera czy Ministrów Rządu RP) do bojkotu tego wszystkiego co wiąże się z obywatelami polskimi wyznania mojżeszowego i pochodzenia żydowskiego, przymusowa polonizacja i katolicyzacja Białorusinów i Ukraińców na Kresach i Lubelszczyźnie, strzały policji do strajkujących i demonstrujących chłopów i robotników (od takich kul zginęło w II RP wielokrotnie więcej ludzi niż w demonizowanych – pod tym względem – czasach PRL). No i stanowisko w tamtych czasach Kościoła katolickiego i hierarchii do problemów trawiących polskie państwo: zwłaszcza jeśli chodzi o stosunek do Żydów, mniejszości religijnych (a stąd prosta droga do cywilizowanie rozumianej tolerancji, swobody wyrażania myśli, wyznawania różnorakich wartości etc.). Wystarczy przypomnieć teksty z „Małego Dziennika” o. Maksymiliana Kolbe czy artykuły (wówczas zwykłego księdza) Stefana Wyszyńskiego, gdzie przyszły Prymas Tysiąclecia zachwala zalety faszyzmu niemieckiego i włoskiego.
Nie ma co ukrywać, teksty (rscz. - o. Maksymiliana Kolbe) były wojowniczo klerykalne, nacjonalistyczne i antysemickie” mówi prof. Zbigniew Mikołejko (religioznawca i filozof).
„Solidarność” od razu „sprzęgła się” (czy została sprzęgnięta) z Kościołem. Nie oceniam czy był to przypadek czy zamiar celowy. „Sprzęgła się” z polskim Kościołem, który zawsze w swej historii był „wsobny” (ale nacjonalistycznie i szowinistycznie), zamknięty na wszelkie nowinki teologiczne i „niebłagonadiożnyje myśli” (nie na darmo kapelan „Solidarność”’ ks. Józef Tischner stwierdził, iż polski katolicyzm jest letni, naskórkowy bo nigdy nie wytworzył uniwersalnej, ponad-lokalnej herezji, gdyż tylko herezje świadczą o żywotności i przemyśleniu wiary religijnej), kładącym nacisk swą nauką na tzw. wartości narodowe, polskie, nie uniwersalne, typowo katolickie („katholicos” znaczy powszechny, uniwersalny, ponad-narodowy).
Kościół w Polsce zawsze niósł i utwierdzał swoją nauką „poddaństwo”, spolegliwość wobec władzy kapitału (czyli niesienie „swego krzyża” – oczywiście jeśli chodziło o inne niż konfrontacja z „komunistycznym reżimem” cele), posłuszeństwo kapłanom a nieufność temu co nowe, promował kultywowanie ludycznej i maryjnej pobożności (kosztem indywidualnego i zracjonalizowanego przeżywania wiary), która zawsze razi przaśnością, mocnym tradycjonalizmem osadzonym w meandrach polskich kompleksów i uprzedzeniach (przede wszystkim do INNYCH) wynikających z mitomańsko pojmowanej historii.
Na bramie podczas strajku pojawia się portret papieża Jana Pawła II (co jest początkiem swoistej, niezgodnej z zasadami tej religii, prymitywnej idolatrii), a na klapie głównego trybuna ludowego – wizerunek Matki Boskiej, Częstochowskiej, tzw. Czarnej Madonny uosabiającej sobą tą wewnętrzną sprzeczność trawiącą od wieków Polaków i katolików znad Wisły. Elementy antysemickie – i jak tu nie mówić o immanencji tych tendencji w tzw. polskości – pojawiły się już podczas pierwszej kampanii prezydenckiej kiedy to Lech Wałęsa takie sugestie kierował (co prawda jeszcze nie wprost bo to było wtedy jeszcze passe) pod adresem Tadeusza Mazowieckiego. I tego najlepszym przykładem jest owa msza, na Jasnej Górze, odprawiana przez katolickiego kapłana dla antysemitów, quasi-faszystów i nacjonalistów grożących Żydom (i tym których za takich uznają) eksterminacją, banicją do Izraela, stygmatyzacja i napiętnowaniem, a zapewniających jednocześnie o swej miłości do Maryi, pobożnej Żydówki i matki Mistrza z Nazaretu. Czczonego przez nich jako Boga. To wszystko stało się wstępem do utożsamienia – ponownie, po dekadach – polsko-katolickiego myślenia o sobie jako „narodzie wybranym”, mającym misję nawrócenia świata (przynajmniej tego sąsiedniego gdyż sąsiadami są „heretycy”, ateusze bądź „schizmatycy”, a przy okazji to nasi odwieczni wrogowie), Chrystusie Narodów, czego kolejne etapy doświadczamy przez mijające 30 lat tzw. ustrojowej transformacji. Polityka Prawa i Sprawiedliwości – jak i ONR-owskie „partheitagi” – są tego jakimś elementem. Jakimś zrozumiałym racjonalnie efektem.
Bo przecież już na I Zjeździe „Solidarności” te szowinistyczne i antysemickie, nietolerancyjne i „wsobno-polskie” (Polak - katolik) tendencje się odzywały: wytupanie-wyklaskanie Jana Józefa Lipskiego i Aleksandra Małachowskiego.
Pocałunkiem Almanzora dla „Solidarności” (mówimy o sojusznikach i środowiskach wspierających) zarówno stali się neoliberałowie, którzy dokonywali tzw. ustrojowej transformacji jak i Kościół katolicki. Jedni zadali ciosy w robotniczy, pro-pracowniczy i klasowy charakter ruchu (po 1989 roku już innego ze zrozumiałych względów), drudzy – sojusznicy w sutannach (w imię swego korporacyjnego i instytucjonalnego, uwarunkowanego swoją historią, interesu) pozbawili go uniwersalności i humanizmu, też klasowego. Bo klasowość to nie tylko interes materialny, doczesny, bytowy. To również świadomość siebie jako klasy, która jest ponad-narodowym, ponad-religijnym i ponad-rasowym przekonaniem czyli ponad-plemiennym, solidarnym środowiskiem pracobiorców stojącym zawsze na antynomicznych stanowiskach niż tzw. pracodawcy (czyli właściciele kapitału).
Wołanie o ludową historię Polski
2018-04-27 11:57:42
Złodzieje mienia prywatnego spędzają
żywot w kajdanach, złodzieje dobra
publicznego – w złocie i purpurze.

KATON STARSZY


Polska czeka ciągle na swoją historię ludową taką jaką napisał Howard Zinn dla Ameryki (LUDOWA HISTORIA STANÓW ZJEDENOCZONYCH). Historii Polski, która ciągle pozostaje w powszechnej narracji zamknięta między takimi oto alternatywami: szlachecka, pańska, triumfalno-tromtadracka i mesjanistyczna z jednej strony oraz trumienno-cmentarna (z towarzyszącymi jej oczywiście patosem i pompatycznością stanowiącymi echa wspomnianej Polski pańskiej), powstańcza i tragiczna ze strony drugiej. Historii nie będącej triumfem „pańskiego ducha” i purpury kościelnych hierarchów, nierzeczywistej idylli ziemiańskich dworków czy „szklanych domów” Baryki seniora. Odartej z retoryki „kochajmy się Polacy bośmy jedna rodzina” bo tylko Bóg, Wiara i Ojczyzna na sztandarach są najważniejsze, a reszta to furda.
Wykorzystując swoje przywileje i pozycję klasową – de facto I RP była oligarchią i ochlokracją szlachecką (nie żadną demokracją) – szlachta blokowała zarówno rozwój mieszczaństwa jak i procesy oczynszowania chłopów (jak to miało miejsce na Wschód od Łaby) czyli ich (w jakimś sensie) upodmiotowienia. Piszę na Wschód od Łaby gdyż wiele opracowań mówi o owej granicy jako faktycznej demarkacji Zachodu i Wschodu: chodzi o formy rozwoju i zmian w gospodarce jakie mniej więcej od połowy XV wieku zachodziły na Zachodzie. Z tym wiążą się także formy uprzywilejowania i hegemonii określonych stanów czy klas społecznych oraz charakter poszczególnych państw (dotyczy to przede wszystkim Prus, a także terenów I RP i Węgier). Stały się one z jednej strony miejscem rozwoju latyfundiów ziemskich, tym samym nastawionych na ekstensywną produkcją rolną, a z drugiej – taki rozwój sytuacji sprzyjał wytworzeniu się jako hegemona klasowego (i tym samym - państwowotwórczego) w postaci warstwy ziemiańskiej, posiadaczy olbrzymich latyfundiów i hacjend w stylu latynoamerykańskim czy południa USA w okresie niewolnictwa (w Prusach było to junkierstwo, a w Polsce i na Węgrzech – szlachta i magnateria).
Już w 1496 roku król polski Jan Olbracht podpisując tzw. statuty piotrkowskie zapoczątkował uprzywilejowanie zarówno ekonomiczne jak i polityczne 8 - 10 % społeczeństwa stanowiącego ogół populacji I RP (tyle mniej więcej stanowiła herbowa szlachta). Zasadniczym elementem owych statutów stały się zapisy dotyczące przywiązania chłopa do ziemi i zakazywały jej opuszczać kmieciom bez zgody pana. Rozpoczyna się od tego momentu skodyfikowany i prawnie uzasadniony system niewolnictwa niewiele (a czasami nawet przewyższający swą opresyjnością i bezwzględnością) różniący się od tego, który znamy z opisów stosunków społecznych na hacjendach w Ameryce Łacińskiej, plantacjach bawełny w Alabamie czy trzciny cukrowej w Gujanie bądź na Haiti. Co prawda nie urządzano publicznych – jak to miało w czasach niewolnictwa w Nowym Świecie - targów na które spędzano by owych nieszczęśników, ale handlowano ziemią sprzedając ją razem z osiadłymi na niej chłopami. Oczywiście bez ich zgody i informacji na ten temat.
Chłop przywiązany prawnie do pańskiej ziemi tracił nie tylko wolę ale przede wszystkim podmiotowość jako osoba. Taka długoletnia niewola, połączona z określonymi stosunkami społecznymi, patriarchalizmem i absolutnym rozdzieleniem tych dwóch klas – szlachty oraz ich poddanych – wytworzyła panującą do dziś w szerokich kręgach polskiego społeczeństwa mentalność charakteryzującą się; wsobnością, brakiem zaufania do instytucji państwa oraz do jakichkolwiek form zrzeszania się, anty-elitaryzmem, pogardą dla wiedzy i stanowionego prawa, klerykalizmem (bo jedyną formą narracji jaką znali chłopi był język duchownego pozostającego w symbiozie – wspólnota klasowa – z owym herbowym panem-bratem, ich właścicielem), antysemityzmem (chłop najczęściej dostawał za swoją pracę talony, które mógł zmaterializować wyłącznie w miejscowej karczmie, którą Żyd arendował od jego pana i gdzie sprzedawano wódkę, którą z kolei produkowano w gorzelni należącej do tegoż szlachcica). To stąd wzięła się owa tandetność, bylejakość, polski „jebał-piesizm” (jak określał taki stan rzeczy Witkacy) gdyż wieki pracy nie-dla-siebie wdrukowały w świadomość tego społeczeństwa – w ogromnej masie post-chłopskiego (dziś dopiero w drugim-trzecim pokoleniu) – określone zachowania i klisze mentalne. Pańszczyznę, tę formę niewolnictwa i poddaństwa, która często obejmowała nie tylko chłopa ale jego żonę i dzieci (kilkanaście dni do odrobienia w tygodniu) zniesiono formalnie ukazem cara w 1864 roku w zaborze rosyjskim, w austriackim kilkanaście lat wcześniej. Formy tej zależności i poddaństwa - oczywiście nie w takim już zakresie, ale ów paternalizm i uniżoność wobec ziemiaństwa trwały cały czas, zwłaszcza na tzw. Kresach, gdzie dodatkowo dochodziła stratyfikacja religijno-językowa – zachowane były przez cały czas trwania II RP na jej Wschodnich peryferiach. Ten aspekt jest dziś absolutnie przemilczany poprzez irracjonalny kult ziemiaństwa, bałwochwalczo uprawianą cześć dla tzw. kultury dworków, promowania zasady „kochajmy się Polacy” nie uwzględniającej absolutnie interesów klasowych itd. itp. Dopiero w 1944 roku wraz z Manifestem PKWN-u i realizacją reformy rolnej garb poddaństwa chłopów (wraz z przesunięciem decyzją Wielkich Mocarstw w Jałcie i Poczdamie granic Polski za Zachód) został ostatecznie odcięty. Sytuacja poddaństwa i opresji niewolniczej w jakiej tkwiła znakomita część społeczeństwa polskiego - była to niejako wewnątrz-polska kolonizacja gdzie owe 8 -10 % władało wyzyskując bezwzględnie pozostałą resztę - trwała ponad 400 lat, a w świadomości taki niewolnik pozostanie jeszcze przez dekady mentalnym niewolnikiem, bezwolną i odruchowo reagującą jednostką. Nie racjonalną, zdystansowaną i krytycznie (a nie – nienawistnie), patrzącą na świat i ludzi osobą.
W zaborze pruskim ta sytuacja z racji kultu prawa i protestanckiej tradycji została rozwiązana zupełnie inaczej i wcześniej, na modłę niemiecką. Dlatego też Wielkopolska tak różni się w tym aspekcie od reszty nadwiślańskiego kraju.
W polskiej narracji i debatach problem niewolnictwa polskiego chłopa, jak również polskiej kolonizacji realizowanej przez szlachtę na Wschodzie (ze wszystkimi konsekwencjami takiej polityki), jest tematem – delikatnie mówiąc - tabu. Podobnie jak tzw. studia post-kolonialne (na razie odbywanych jedynie w ramach badań literaturoznawczych, a nie jak powinno być: politologicznych, społecznych i filozoficznych). Niewiele jest również opracowań próbujących zgłębić to zagadnienie. Problem niewolnictwa polskich włościan przez cały okres trwania I RP niezwykle plastycznie porusza Michał Rauszer w lutowym numerze LE MONDE DIPLOMATIQU („Ile kosztował chłop pańszczyźniany ?”). Warto jest zapoznać się z tym tekstem gdyż odsłania on niezwykle klarownie stosunki społeczne na linii: szlachecki dwór vs czworaki, właściciel tzw. dymów vs pozostający w nich ludzie. Opisuje bez hagiografii stosunki społeczne panujące powszechnie w XVIII wiecznej Polsce (tuż przed rozbiorami ale proces niewolenia 85 % tego społeczeństwa trwał od wieku XVI). Można powiedzieć, iż ten tekst pokazuje realizację praktyczną wspomnianej wewnątrz-polskiej kolonizacji.
Trzeba demitologizować (poprzez taką właśnie dekonstrukcję określonych mitów, fantazmatów czy pisanie o szkieletach „ukrytych w zakamarkach” polskiej świadomości) historię i sprowadzać ją do racjonalnego, rzeczywistego i faktycznego wymiaru. Nasz kraj czeka ciągle na LUDOWĄ HISTORIĘ POLSKI.

- Michał Rauszer, „Ile kosztował chłop pańszczyźniany ?” [w]: LE MONDE DIPLOMATIQU, nr z lutego 2018, s. 33-35

Małpa i brzytwa
2018-03-28 15:54:27
Z gruntu odpychające jest pojęcie społeczeństwa,
utrzymywanego w łączności przez uczucia
i stosunki wynikające z interesów pieniężnych.

John Stuart MILL


Czy sposób myślenia w dzisiejszych czasach, współczesny język komunikacji interpersonalnej, wszechobecność sieci i obowiązujących w niej paradygmatów rzutują bezpośrednio na to co uważało się do tej pory za prawdę ? Czy istnienie tzw. rozumu cyfrowego wymusza siłą rzeczy tzw. racjonalność funkcjonalną określaną jako technokratyczną ciasnotę umysłową ? Czy zagrożeniem dla prawidłowego funkcjonowania myślenia i świadomości są niesione przez umasowienie i totalizm cyberprzestrzeni: obrazkowość, symboliczność (z nią związana), kompresja narracji, a przez to uproszczenie, stereotypizacja, a nawet – wulgaryzacja, retoryki przekazu i wymiany interpersonalnych myśli bądź idei ? Czy stąd pochodzi zagrożenie dla kultury intelektualnej człowieka, jego duchowości i mentalności, deformacji i degradacji języka i ograniczania świadomość ? Czy dehumanizacja – bo tak możemy te problemy przedstawić - którą obserwujemy i która jest zjawiskiem groźnym związana jest bezpośrednio z rozwojem techniki ? Czy wyłącznie technice i postępowi w tej dziedzinie życia należy przypisywać owe negatywne zjawiska ? Internet jest bowiem clou – jak na razie – procesu technologicznego postępu i rozwoju w dziedzinie międzyludzkiej komunikacji.
Dehumanizacja współczesnego życia i stosunków interpersonalnych – i wszystkiego co z tym mniej lub bardziej się wiąże - postępuje przede wszystkim z tytułu pogłębiającej się stratyfikacji na bogatych i biednych. Jej pokłosiem jest coraz wyraźniejszy podział na decydentów i tych o których się decyduje. W coraz szerszym zakresie. Za każdym razem ci drudzy są w sytuacji coraz bardziej bez wyjścia. To niezwykle istotny czynnik owych procesów: władza, sposób jej sprawowania oraz zadania przed nią stojące. Jak mówią – od dekad – tacy prominentni uczestnicy życia intelektualnego oraz publicznego jak Neil Postman, Benjamin Barber, Lester Thurow, Jeremi Rifkin, Noam Chomsky, Naomi Klein, Thomas Piketty itd. władza (czy – kapitał który jest właściwą władzą w systemie kapitalistycznym) musi tych o których decyduje, czymś zająć. Bo pracy, zajęć kreatywnych i wymagających intelektualnego doskonalenia jest coraz mniej. Zwłaszcza w kontekście kolejnego procesu przed jakim stajemy: masowej robotyzacji.
Współcześnie „...zacierają się wszystkie wolności” tak, iż pozostała tylko jedna – wolność wymiany dóbr (czyli – zakupizm). Zakupizm to pojęcie określające komercjalizację wszystkich sfer życia codziennego oraz oddanie się bez reszty neoliberalnej religii rynku. A to jest tylko niewielka część życia. Zwłaszcza życia wedle humanistycznych ideałów Oświecenia, tego co z nim wiązaliśmy i winniśmy nadal wiązać.
Z tym wiąże się bezpośrednio kult homo oeconomicus, człowieka przedsiębiorczego, poruszającego się wyłącznie w przestrzeni owej wymiany dóbr i finansów. Jak napisała niegdyś Marion hr. Dönhoff w liście do Mieczysława F. Rakowskiego przecież „…..Homo oeconomicus ma właściwie tylko jeden cel: z bezlitosną precyzją i kierując się niezawodnym rozsądkiem dążyć do osiągnięcia jak największych korzyści”. Czyli – skrajny utylitaryzm, dorobkiewiczostwo, a co za tym idzie - olbrzymie pieniądze, także w polityce. Przez to m.in. amerykańska klasa polityczna – czyli elita współczesnego Imperium, dzisiejszego Rzymu i największego na świecie hegemona kreującego globalny porządek - należy do tych najbardziej skorumpowanych (Jeffrey Sachs w wywiadzie dla HANDELSBLATT i El PAIS).
Szerzenie fundamentalizmu rynkowego popartego prostackim konsumeryzmem oraz komercjalizacją codziennego życia, utowarowienie uczuć i emocji, języka i mentalności, wszechogarniające reklamy i koncentracja kapitału odpowiadają za postępującą dehumanizacją i problemy o których pisał Stanisław Lem. Technika i postęp są agnostyczne i bez-aksjologiczne. Dotyczy to też Internetu. Po prostu komercjalizacja i wspomniane utowarowienie oraz bezwzględny dogmat rynku (= zysku) wymuszają zawężenie horyzontów myślowych i praktyki zastosowania technologii. Sprzyjają owemu „zidioceniu” utożsamianemu często z terminem „technopol”.
Technopol” to pojęcie stworzone przez amerykańskiego filozofa, antropologa, medioznawcę Neila Postmana (1931-2003). Jest określeniem kultury zdominowanej przez technikę. Technika coś daje ale i coś odbiera, przekształca kulturę, rzeźbi cywilizację. Postman wykazuje w tej perspektywie ambiwalentność i wieloznaczność wszelkich, ludzkich proweniencji, mniemań i poglądów. Zanim znaleźliśmy się współcześnie w „technopolu” przeszliśmy dwie fazy kulturowe: narzędziową i technokratyczną. Przejście do technokracji dokonało się ok. XVI wieku: wiarę, prawdę i wiedzę (służącym intelektualnej satysfakcji) zastąpiły kult siły, postępu i rozwoju (w efekcie – sukcesu). Już Francis Bacon zauważył, iż ten kto ma wiedzę ten ma władzę. W technokracji początkowo technologia i tradycja współegzystowały ze sobą. Dochodzi jednak do medialnej rewolty – obok druku pojawiają się telegraf, fotografia, radio (Postman nazywa go „plemiennym bębnem”) wreszcie telewizja i komputer („przestrzeń wirtualna”). Dwa ostatnie wynalazki to już era „technopolu”. Teraz celem pracy oraz myśli staje się wydajność (z racji wspomnianej religii rynku). Tylko mierzalne, doczesne, namacalne elementy rzeczywistości istnieją, mają prawo egzystencji i jakąkolwiek wartość. Biurokracja, statystyka, testy różnego rodzaju, badania opinii publicznej, reklama, klasyfikacje ratingowe i bankowość stały się podstawą tej formy kultury, tej cywilizacji, formatujących pojęcie „technopolu” do terminu „finansopol”. Moralność i etyka zastąpione zostają przez użyteczność i polityczną poprawność wobec apriorycznych idei, a serwilizm (będący dzieckiem zysku) stał się „złotym cielcem” utylitaryzmu i sukcesu. Samodzielne myślenie zostaje wytrzebione z krytycyzmu. Informacja (z racji szybkości przekazu) jest teraz elementem metafizycznym. Tym samym obowiązujące symbole kulturowe, pojęcia, idee i wartości uległy trywializacji poprzez upowszechnienie i masowość oraz szybkość przekazu. A ludzie, jak to ludzie. W większości nie chcą być Prometeuszami ani Herkulesami. Wolą zadowolić się – zwłaszcza jeśli edukacja i dostęp do wiedzy są utrudnione z różnych względów – rolą cichego, pokornego, bogobojnego niewolnika mentalnego, bo tak zostali ulepieni i ukształtowani przez Torę, Nowy Testament czy Koran albo ……. religię rynku.
Duch kultury oświeceniowej może zostać zabity na dwa sposoby: raz wedle koncepcji Orwella (której obrazem jest więzienie i gułag), dwa – wedle wizji Huxleya (której emanacją jest kultura burleski, kiczu, duchowego spustoszenia spowodowanej przez infantylność przekazu i narracji). „Kultura wyjałowionego śmiechu” (tak można to za Huxleyem spuentować) rodząca się z banalizacji, infantylizmu, huraganu informacyjnego, będąca na te zjawiska odpowiedzią (z tytułu osobowych braków analityczno-percepcyjnych) towarzyszy bałwochwalczemu kultowi już nie tyle pieniądza, zysku czy rynku, ale ich hybrydy - banków, stóp procentowych, kart kredytowych, hoss, bess, kredytów itd. Czyli bankowości i finansów. Tu tkwi clou pojęcia „finansopol” lub „banksterstwo”.
To media, ich język i powiązanie z korporacyjnymi, globalnymi rekinami kapitału doprowadziło dziś do opisywanej sytuacji. „Technopol” (a tym samym Internet) jest tu środkiem, rynkowa świadomość i myślenie – genezą. I nie chodzi o to by ludzie się nie śmiali, nie bawili, nie stosowali cyfrowych gadżetów i nie zanurzali się w informatyczno-cyfrowym, baśniowym oceanie. Chodzi o to aby wiedzieli po co to robią, żeby myśleli samodzielnie i nie poddawali się jednowymiarowości dzisiejszego świata (przed czym ostrzegał już Herbert Marcuse). Ale do tego jest potrzebna gruntowna, wielowymiarowa, powszechnie dostępna edukacja, nie nastawiona na zysk, zabawę, infantylizm i bezmyślną rozrywkę.

Ignorancja krzyżowca
2018-02-28 15:05:46
Dieu et mon droit * (fr.)

Ryszard I >Lwie serce<
(król angielski 1189-1199

Media poinformowały ostatnio o wydarzeniu, świadczącym o postępującym, religijnym nawiedzeniu osób kierujących polskim Ministerstwem Obrony Narodowej. Ta religiancka w swym wymiarze obsesja z jaką w różnych wymiarach życia mamy do czynienia w Polsce (czerpiąca życiodajne soki z serwilistycznego i oportunistycznego źródła a będąca przymilaniem się decydentów wobec instytucji Kościoła katolickiego) jest zarówno śmieszna i żałosna, zabawna i tragiczna, jest farsą i dramatem. A ponadto to kolejny – w sferze dyplomatycznej i międzynarodowej (zwłaszcza w świecie islamu, ponad 1,5 mld ludzi na świecie) – blamaż polskiej polityki zagranicznej. Ktoś kto podejmuje takie decyzje jest ślepy i absolutnie infantylny, ktoś kto na arenie międzynarodowej dokonuje takich wyborów (mających nie tylko wydźwięk lokalny, nadwiślański, polski, ale przede wszystkim szerszy, ponadregionalny, często globalny) absolutnie powinien być jak najdalej trzymany od polskiej polityki zagranicznej. Otóż zgodnie z tą informacją dowódca opolskiej 10. Opolskiej Brygady Logistycznej płk Szymon Lepiarz osobiście przetransportował do Afganistanu relikwie św. Jana Pawła II do polskich żołnierzy przebywających a tym środkowo-azjatyckim kraj. Tamtejszy kapelan będzie z nią odwiedzał wszystkie bazy wojskowe, w których stacjonują żołnierze polscy oraz innych sił koalicyjnych. Por. Zbigniew Kuźniar, oficer prasowy VII zmiany polskich żołnierzy, którzy od października przebywają w Afganistanie w ramach Resolute Support Mission mówi: „To niecodzienne wydarzenie ma miejsce po raz pierwszy w historii Polskiego Kontyngentu Wojskowego i ma na celu spotkanie z osobą, nauczaniem i świadectwem życia tego wielkiego Polaka w czasie Wielkiego Postu na ziemi afgańskiej”. W misji szkoleniowo-doradczej bierze aktualnie udział ok. 200 polskich żołnierzy rozsianych po placówkach zlokalizowanych na całym terytorium tego górzysto-pustynnego, środkowo-azjatyckiego kraju. Jednak wymiar tego groteskowego i budzącego kabaretowe skojarzenia wydarzenia, w obliczu wojny trwającej już blisko pół wieku i ortodoksyjno-purytańskiej, islamskiej tradycji Afganistanu oraz narracji talibów blednie i przybiera kształty tragicznego dramatu. Talibowie - zasadniczy trzon opozycji walczącej z interwencją Zachodu (w tym – z polskimi żołnierzami) która ma miejsce już ponad 15 lat - cały czas przedstawiają obecność obcych żołnierzy na ich ziemi jako nową krucjatę Zachodu przeciwko wyznawcom islamu, a żołnierzy koalicji jako nowych krzyżowców. Czy wymiar tego wydarzenia , tak radośnie i infantylnie przedstawianego, w jakimś sensie nie wpisuje się właśnie w taką narrację islamistów afgańskich ? A ponieważ zaordynowana aktualnie tzw. „polskość” tak uwielbia symbole, tak onanizuje się natrętnie propagowaną duchowością, tak celebruje swe cierpienia jednocześnie je sobie zadając (Maria Janion), tak irracjonalnie wierzy iż modlitwą tylko zbuduje się potęgę swojego kraju (Krzysztof Varga) dlatego ona (owa „polskość”) nie umie, nie potrafi, nie chce wyjść poza swoje ciasne i lokalne (de facto – folwarczne) myślenie o świecie, ludziach - innych ras, wierzeń religijnych, światopoglądów, języków, orientacji seksualnych (bo na temat seksu można myśleć, mówić i go praktykować jedynie „po katolicku”) itd. – o kulturach i cywilizacjach, ciągle aktualna pozostaje parafraza sentencji Sławomira Mrożka: „świat przeszkadza nam w życiu”.


*- Bóg i moje prawo